Menu

EWA BŁASZCZYK – załapać się na ciastko od życia

Gdy los nas nie oszczędza, trudno przejść do porządku dziennego. Jednak gdy znajdziemy w sobie siłę, by się podnieść, a wokół siebie ludzi, którym się chce, to dzięki wspólnej energii można dokonać rzeczy wielkich. Warto dać czasowi czas, by umieć cieszyć się z efektów, a przy tym coraz pewniej kroczyć w przyszłość, widząc pełną połowę szklanki i jasną stronę życia, które od czasu do czasu ofiarowuje ciasteczko

Gdy pytam rozmówców o motywację wyboru artystycznej drogi, pojawia się całe spectrum powodów: od dziecięcych marzeń, przez tradycje rodzinne, po walkę z nieśmiałością. Co panią popchnęło do szkoły teatralnej?

– Zawsze ciągnęło mnie do grzebania w psychice i w emocjach. Bliskie były mi obszary zgłębiania ludzkiej natury: psychiatria, psychologia. Potem chciałam się rozprawić z poważną blokadą, jaką stanowiła moja nieśmiałość. Uświadomiłam sobie, że równie dobrze mogę jako aktorka analizować psychikę postaci literackich. Jeszcze lepiej, gdy jest to tylko iluzja, bo nie ma obciążenia, nie zabiera się problemów do domu, jak w przypadku pracy z chorym dzieckiem czy człowiekiem, który zmaga się z jakimś dramatem. Największa wyobraźnia i empatia w literaturze nijak się bowiem mają do prawdziwych ludzkich doświadczeń.

Już na etapie zetknięcia się z aktorstwem od strony teoretycznej i poznawania warsztatu, wiedziała pani, że to był słuszny wybór?

– Tak, czułam, że czeka mnie fajna przygoda. Aktorstwo łączy przecież literaturę, muzykę, sztuki wizualne. Oczywiście nie wszystko jest wartościowe i trzeba przebierać, żeby brać udział w dobrych projektach, ale zasadniczo miałam szczęście i do ludzi napotykanych po drodze, i do propozycji, które przyjmowałam.

Nieśmiałość udało się pokonać już przy pierwszych występach?

– Nie, to trwało bardzo długo. Aktor niejako naturalnie wykonuje na scenie jakieś gesty. Ja podczas moich recitali chyba dopiero po 10 latach odważyłam się podnieść rękę. Nie miałam tej łatwości, którą obserwowałam u innych. Myślę, że ważna jest powtarzalność doświadczeń, która składa się na pewien naturalny proces ewolucji.

Jakie role najchętniej pani przyjmuje? Decyduje gatunek czy po prostu przekonujący scenariusz?

– Lubię role, które wydają mi się ciekawe, czyli w moim rozumieniu skomplikowane, wielowymiarowe. Najlepiej czuję się w tragikomedii, bo najbardziej przypomina życie. Lubię podłubać w postaci, poszukać drugiego dna. Poza tym jestem zadaniowcem. Bywa, że aktor ma swoje emploi i gra określone role. Zabiłabym się, gdyby utożsamiano mnie tylko z jednym typem bohatera. Lubię różnorodność, element odkrywania, każdorazowej przygody z zetknięcia się z nową postacią. Powielanie tego, co już było, to straszna nuda. Lubię spotkania, w których o coś chodzi, w których jest miejsce na kreację.

Czy przy wyborze roli ma znaczenie również zespół i osoba reżysera?

– Jak najbardziej. Jakość pracy aktora zależy od tego, jakie relacje panują miedzy nim a kolegami na planie, reżyserem. Jeśli chodzi o role kinowe, dużo filmów robiłam z Wieśkiem Saniewskim, który jest przede wszystkim matematykiem, a także hazardzistą, grającym na wyścigach konnych. Bardzo dobrze wspominam tę współpracę ze względu na jego niesamowite otwarcie. W ogóle miałam szczęście do ludzi niezwykle elastycznych, którzy dawali mi swobodę poruszania się w materiale literackim. Mogłam ingerować w dialog albo stwierdzić, że moja postać nie powinna tyle gadać, bo lepiej po prostu wyrazić coś spojrzeniem. Tak było np. z Kieślowskim, z którym długo dyskutowałam o wypowiadanych kwestiach i przekonywałam go do cięć.

Widzę, że należy pani do aktorek, które dużo sugerują i dodają od siebie.

– Właśnie tak lubię pracować. Najpierw kombinuję z rolą samodzielnie, a potem staram się pokazać reżyserowi swoje propozycje, zgodne z moim zamysłem. Tu szkoda czasu na opowiadanie o swojej wizji, własnym pomyśle. Trzeba się przygotować i pokazać próbkę.

Czy jakieś role szczególnie pani zapamiętała?

– Od razu przychodzi mi na myśl „Mistyfikacja” Jacka Koprowicza, gdzie grałam narzeczoną Witkacego, Cześkę Oknińską. Ta rola opiera się na szeregu istotnych detali, które Jacek natychmiast kupował, a jak wiadomo, kwitniemy, jeśli odbijamy się w czyimś wzroku, kiedy widzimy, że to jest to, że nasza propozycja się podoba, że jesteśmy doceniani. Wtedy wytwarza się dobra energia. Ponieważ gram w teatrze, w filmach, a do tego śpiewam, wszystko to mnie interesuje. Nie różnicuję aktorstwa na lepsze i gorsze. Ważne, żeby materiał był dobry i żeby pracowali nad nim fajni ludzie. Wtedy nietrudno o właściwą energię.

Piosenka aktorska zawsze panią interesowała, czy pojawiła się na pewnym etapie kariery?

– Śpiewam całe życie. Do tego choruję, palę fajki i w ogóle nie dbam o swój głos. Nie przykładam wagi do wokalu. Zależy mi, żeby w moich występach o coś chodziło. Z każdego utworu próbuję stworzyć trzyminutowy minidramacik. Ale takimi miniaturami trzeba umieć żonglować, a to wymaga scenicznej dyscypliny.

Ma pani za sobą wiele recitali, ostatnio reżyserowane przez siebie. Jakie teksty włącza pani do swoich występów?

– Wybieram utwory, na które akurat mam zapotrzebowanie, piosenki, które w danym momencie są mi najbliższe. Z niektórych tekstów wyrastam, do innych dojrzewam. Zupełnie jak z ludźmi – jedne odchodzą, pojawiają się inne. Nie śpiewam wyłącznie Edith Piaf, Marleny Dietrich, klasyki piosenki aktorskiej. Moje recitale łączy temat. Teraz, po ośmiu latach czekania przyszedł czas na Riedla i „Pozwól mi spróbować jeszcze raz”. Niby nie ma powodu, żeby śpiewać to samo gorzej niż sam Riedel, ale bywa tak, że jakiś utwór leży cierpliwie i czeka na swoją kolej, aż w końcu wypełnia mnie tak, że muszę go popełnić, bo coś się stało z moim życiem. Tak było tym razem, dlatego dobrze wiem, o czym śpiewam.

Zawsze filtruje pani materiał przez pryzmat własnych doświadczeń?

– Absolutnie tak. Nie mogę śpiewać czegoś, co jest dla mnie figurą stylistyczną bez znaczenia. Muzyka musi u mnie wypływać z autentycznej potrzeby i z głębi duszy. Dlatego przyszedł czas, że mogłam sięgnąć po „Pozwól mi spróbować jeszcze raz” i zaśpiewać o sobie, o Oli… Piosence towarzyszy teledysk, pokazujący tajgę syberyjską, zwalające się drzewa, ogień, a w to wszystko wmontowane jest w oko Oli, co razem stanowi mocny obraz i przekaz.

Czy aktorstwo ma wymiar terapeutyczny? Jest ucieczką w świat fikcji od osobistej tragedii i problemów codzienności?

– Rzeczy piękne nas karmią, a te przecież wnosi sztuka, która jest w życiu bardzo ważna, bo co innego nam zostaje? Nuda i konsumpcja, która mnie nie interesuje. Opakowania, metki, czy – jak pisał Wyspiański – malowany fałsz, obrazki.

Co daje pani siłę i pokłady energii, żeby się nie poddawać i godzić tyle obowiązków?

– Ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Lubię otaczać się kreatywnymi ludźmi, którym się chce. Obcowanie z nimi jest jak zapłon. Wierzę, że energie się mulitiplikują, dlatego razem można dokonać wielkich rzeczy. Tylko to mnie interesuje, szkoda czasu na zadania „stąd dotąd”. Tam, gdzie jest ryzyko, a mimo to komuś się chce dorzucić własną cegiełkę, bo widzi zaangażowanie, pomysły i wiarę u innych, uruchamia się pozytywna wirówka – coś, co nazywam życiem. Osłabia mnie, gdy ktoś poprzestaje na niezbędnym minimum i nie chce dać od siebie więcej niż to konieczne. Wtedy od razu widać, że nic z tego nie będzie. Niestety często spotykam się z taką postawą, zwłaszcza w sprawach urzędniczych, słysząc koszmarny argument: „To nie zależy ode mnie”. Tylko gdyby Religa nie pieprznął przepisów, nie byłoby przeszczepionych serc.

Jest pani osobą, która widzi szklankę do połowy pełną?

– Im dłużej żyję, tym ta szklanka jest w moich oczach pełniejsza. Nie ma sensu, żeby była pusta. Dla wszystkich jest lepiej, kiedy jest pełna. Naturalnie zdarzają się momenty zwątpienia, ale mijają. Trzeba wtedy usiąść, powiedzieć sobie, że za chwilę będzie inaczej i do tego dążyć. Jak nachodzi mnie zły nastrój, muszę się wygrzać. Zamrożony organizm nic z siebie nie wyda. Na zapaść, załamanie trzeba nachuchać i uświadomić sobie, że taki stan jest nie do przyjęcia.

Czas leczy rany?

– Tak, na pewno bliskie mi są słowa: „Dajcie czasowi czas”. Czasem patrzę wstecz i zastanawiam się, co dziś mogłoby mnie zwalić z nóg. Są takie rzeczy, ale staram się tak dostosowywać do życia, żeby się nie pokaleczyć. Dlatego cały czas pracuję nad jasną stroną życia, mimo że napotykam masę kłopotów, wręcz można powiedzieć, że jest fatalnie. Muszę przyznać, że to się udaje. Odnajduję w sobie coraz większą otwartość i coraz większe pokłady optymizmu. Oczywiście zakładam, że będą się działy straszne rzeczy, że najgorsze przede mną – spodziewam się tego, bo nikt nie młodnieje, ale i tak będę chronić ten mój kawałek światła. Nauczyłam się, że każdy kolejny dzień jest ważny. Dlatego niczego nie zamykam. Żyję rzeczami, w które się angażuję. W maju do Olsztyna, gdzie powstanie klinika „Budzik” dla dorosłych, przyjadą specjaliści z Japonii, którzy przeprowadzili u siebie ponad 200 operacji i wykonają cztery takie operacje po raz pierwszy w Polsce, a potem w ramach grantów zaplanowanych jest 15 operacji już z polskim zespołem prof. Maksymowicza. Japończycy mają fantastyczne wyniki – ponad 60 proc. ludzi do 35. roku życia po wybudzeniu zaczyna mówić, chodzić, normalnie żyć.

Ile dzieci wybudziło się w warszawskim „Budziku”?

– 26 osób.

Co pani czuje z każdą kolejną wiadomością, że znowu się udało?

– Spodziewałam się takich efektów. Należało po prostu wykonać kawałek roboty, by wypełnić tę lukę w medycynie. To nie są żadne cuda tylko nauka. Jeśli w porę pochylimy się nad pacjentem, to dostaje on szansę, której nie daje odesłanie go do hospicjum. Ważne, żeby zacząć działać jak najszybciej, zanim minie półtora roku od urazu. Obecnie bardzo intensywnie pracuje się na świecie nad systemem nerwowym i mózgiem, postęp naukowy dokonuje się bardzo szybko. Prof. Berlinger zrekonstruował w Niemczech korę mózgową u myszy w ciągu doby. Jeśli to się udało, może wkrótce da się przeprowadzić podobny zabieg na człowieku? Szereg możliwości dają też komórki macierzyste, choć wiedza na ten temat jest mocno chaotyczna.

Jakie metody są stosowane w klinice stworzonej przez fundację „Akogo”?

– To zbyt skomplikowane, żeby ująć w pigułce. Trzeba cały czas stymulować pacjenta i patrzeć, co się z nim dzieje. Trzeba obserwować zmysły i ciągnąć za to, co akurat jest na wierzchu. Każdy reaguje na inne bodźce zewnętrzne – jeden na muzykę, inny na dotyk, a ktoś na wrażenia wzrokowe. Jeden z lekarzy przemawia do dzieci, żeby skumulowały w sobie cały żal. Wie pani, jak te dzieci potrafią krzyczeć, kiedy coś się odetka i emocje znajdą ujście! Fundacja powstała pod wpływem impulsu, nabrała rozmachu, ale czy mamy wybór, skoro jest Ola, która trwa i nami kręci?

Czy druga córka jest dla pani wsparciem w opiece? Na pewno niełatwo jej było oswoić się z tą trudną sytuacją.

– Na pewno jest przez to skaleczona, ale myślę, że z czasem nam obu jest łatwiej. Coraz lepiej ogarniamy rzeczywistość. Mania wie, że życie nie jest łatwe, ale widzę w niej jasność. Ja też chcę, żeby wokół nas było widno, dlatego staram się umilać jej codzienność, pozwalam na drobne i większe przyjemności, wyjazdy.

Dużo podróżują panie razem.

– Tak, bo trzeba zabiegać o to, żeby życie było fajne, żeby od czasu do czasu załapać się na jakieś ciasteczko.

Czy wspólny wyjazd na Santorini, gdzie spędzili państwo ostatnie rodzinne wakacje, pomógł przełamać strach przed przeszłością?

– Tak, to był ważny wyjazd, który pomógł nam zamknąć pewien etap. A skoro zamknął, to jednocześnie otworzył przestrzeń do zrobienia kolejnego kroku. Ta pełna wspomnień podróż była mi potrzebna, żeby ruszyć zdecydowanie do przodu. Zobaczyłam ruinę, miejsce, gdzie nie ma życia, ale dzięki temu dostałam czystą kartę na przyszłość. Po powrocie powstał album „Wszystko jest takie kruche”, potem zrobiłam spektakl „Rok magicznego myślenia”, a rok temu zabrałam się za Riedla, który to materiał ma już zupełnie inny tytuł.

Chętnie sięga po teksty męża?

– Tak, mam takie kawałki Jacka, do których mam sentyment, choć niekoniecznie jest to jego sztandarowy Sułek, którego Mania kiedyś znała na pamięć. Miał specyficzne poczucie humoru, ostre, takie na granicy „chamstwa”, ale wiedział, gdzie postawić kropkę, żeby nie przekroczyć tej linii. Taka krawędź brzytwy jest bardzo ciekawa. To rzadka cecha, dlatego bardzo mi brakuje obcowania z humorem Jacka.

Czy związek dwojga artystów przekładał się na twórczą atmosferę w domu?

– Kiedy siedział nad pustą kartką papieru i się denerwował, wiedziałam, że mam zabrać dzieci i pozwolić mu tworzyć. Tak samo mąż odczytywał moje emocje przed premierą i dawał mi czas dla siebie. Wyczuwaliśmy swoje potrzeby i chroniliśmy się wzajemnie. To bardzo ważne, by nie trzeba było pewnych rzeczy sygnalizować, tylko by odgadywać swoje potrzeby bez słów. Nie mieliśmy tradycyjnego podziału ról i obowiązków przypisanych kobiecie i mężczyźnie. Dzieliliśmy się zadaniami, wszystko robiliśmy razem, ze szczególnym uwrażliwieniem na drugiego człowieka i na to, czego akurat potrzebuje. Było przyjaźnie – to chyba najlepsze określenie.

Jakie plany zawodowe przed panią?

– Teraz będę skoncentrowana na operacjach w Olsztynie i uruchomieniu „Budzika” dla dorosłych. W międzyczasie śpiewam recitale i czytam sztuki, szukam, ale bardzo trudno o naprawdę dobry tekst, który się szaleńczo podoba, a tylko takie jeszcze interesują.

Rozmawiała MAŁGORZATA SZERFER

Fot. Agnieszka Wanat, projekt „Halo.Człowiek, haloziemia.pl”

3 odpowiedzi na “EWA BŁASZCZYK – załapać się na ciastko od życia”

  1. Piotrus pisze:

    Szacunek dla Pani Ewy za to co robi. Klinia Budzik to niesamowita sprawa. Brawo

  2. Piotr Kowalik pisze:

    Pamiętacie Zmienników. Super rola Pani Ewy.

  3. Greg Kowalski pisze:

    MARIAN KONIUSZKO – pamiętam i pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020