Menu
Grażyna Barszczewska

GRAŻYNA BARSZCZEWSKA – Szczęściu trzeba pomagać

Wybór drogi zawodowej – choć dość przypadkowy – zawładnął życiem wrażliwej warszawianki, którą los rzucił do Krakowa. Tu poznawała rzemiosło i próbowała, jak smakuje aktorstwo, chłonąc artystyczną atmosferę miasta i Piwnicy pod Baranami. Doświadczenia tego okresu zaprocentowały, bo od 45 lat gra w teatrze, filmie, telewizji, radiu, nie wiedząc, co to bezczynność. Jednocześnie od lat z uporem walczy z wizerunkiem damy i amantki, by pokazać się w innych wcieleniach. Chce wycisnąć od losu jak najwięcej, odwzajemniając mu się uśmiechem, którego nie szczędzi też ludziom, bo woli widzieć w nich biel niż czerń

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Jest pani wszechstronną aktorką, reżyseruje pani, pisze scenariusze, nagrywa płyty, gra na fortepianie. Zamiłowanie do sztuki ma źródło w tradycjach rodzinnych?

Grażyna BarszczewskaGrażyna Barszczewska – To, czym nasiąkamy w domu od najmłodszych lat, kształtuje nas i wpływa na to, kim jesteśmy. Mój dom był domem wrażliwym na sztukę. Wprawdzie rodzice nie byli profesjonalistami, ale lubili amatorsko muzykować, a w domu zawsze był instrument – do dziś to bardzo leciwe pianino stoi u mnie w salonie. Od początku miałam też kontakt z teatrem. Myślę, że to bardzo ważne podstawy. Teraz, kiedy z perspektywy czasu analizuję pewne sprawy, widzę to szczególnie wyraźnie i dochodzę do wniosku, że nasze korzenie i apetyty z dzieciństwa mają ogromne znaczenie. Gdyby nie przypadek, jakim była szkoła teatralna, być może wiodłabym dziś życie muzyka? Trudno powiedzieć, czy z sukcesem, bo wielkiego talentu pewnie nie miałam – ale kto wie? mówi Grażyna Barszczewska.

Co w takim razie zawiodło panią na scenę?

Grażyna Barszczewska – Polonistka. Zawsze byłam bardziej humanistką, a przedmiotów ścisłych uczyłam się z przymusu. Nauczycielka języka polskiego wyczuwała moje skłonności i zasugerowała mi, żebym zdawała do wyższej szkoły teatralnej. Tak też zrobiłam.

Okazało się, że miała dobrą intuicję, a pani podjęła słuszną decyzję.

Grażyna Barszczewska – Chyba tak, skoro już 45 lat utrzymuję się w tym zawodzie bez pauzowania. A to bardzo chimeryczna muza, okrutna i niewymierna, ulegająca modom, wpływom, czasowi. Słusznie mówi się, że trzeba wsiąść do pociągu we właściwym momencie i usiąść w odpowiednim przedziale. Start w aktorstwie może być wielkim skokiem w przyszłość albo skokiem w niespełnienie i frustracje. Mój „przypadek” zawładnął moim życiem i na szczęście telefon wciąż dzwoni z propozycjami.

Wielu próbuje swoich sił w aktorstwie, ale niewielu się udaje. Co decyduje o sukcesie albo porażce w tym zawodzie?

Grażyna Barszczewska – Tak naprawdę splot pewnych okoliczności i suma wielu czynników, przede wszystkim pracy i talentu, czy raczej, jak ja to wolę bezpieczniej nazywać, predyspozycji, bo wielkich talentów jest niewiele. Te predyspozycje czy zdolności muszą jednak być poparte ciężką pracą, bo przecież wszystko ma swoją cenę. To nieprawda, że sukces w tym zawodzie nie jest opłacony niepełnym życiem rodzinnym, towarzyskim czy wypoczynkiem.

Nie sposób w pełni realizować się w domu, a jednocześnie grać w 5 sztukach, filmie, Teatrze Telewizji itd.

Doba ma określoną liczbę godzin, zawód aktora wiąże się z ogromnym wysiłkiem i emocjami, które nas kosztują, i często trudno je wygasić po spektaklu czy zdjęciach przez całą nieprzespaną noc. Ja? No cóż, staram się to wszystko łączyć ze zmiennym szczęściem, i nie mogę powiedzieć, że z pełnym sukcesem. Przychodzą momenty, kiedy trzeba wybrać. Dla kobiety aktorki jest to np. decyzja o macierzyństwie, która musi być podejmowana kosztem propozycji zawodowych, może akurat tych wymarzonych?

Czy trudno jest wyznaczyć granice, jak wiele jest pani gotowa poświęcić dla kariery, roli?

Grażyna Barszczewska – Granice dyktuje mi moja wrażliwość, mój system wartości. Wybieram to, co jest ważniejsze. Nigdy nie powiem, że dla sztuki zrobiłabym wszystko, bo są sytuacje, w których moi bliscy zawsze będą mieć pierwszeństwo. Z drugiej strony, czasem wybieram propozycje, które z góry wykluczają mnie z życia rodzinnego, wspólnych wakacji itd. Ale to taki zawód i nie płaczę z tego powodu.

Aktorstwo to predyspozycje i praca, ale również splot okoliczności. Czy, patrząc z perspektywy, miała pani szczęście do ról i ludzi?

Grażyna BarszczewskaGrażyna Barszczewska – Ów splot okoliczności, o którym mówiłam, równie dobrze można nazwać szczęściem. Jeden z wybitnych twórców mawiał, że do sukcesu prowadzi – po pierwsze – szczęście, po drugie – szczęście, po trzecie – szczęście, a dopiero potem cała reszta. Szczęściu trzeba pomagać, a już na pewno nie należy mu przeszkadzać. Jeśli szczęście się do mnie uśmiechnie, to robię wszystko, żeby się ode mnie nie odwróciło. Nie chcę żyć z poczuciem, że ktoś, Bóg, los dał mi jakiś prezent, a ja to zlekceważyłam, depcząc swoją szansę. Jak już coś dostanę od losu, robię wszystko, żeby mój główny „sponsor” był zadowolony.

Częściej trafia pani na role szyte na miarę czy ludzi, którzy pani sprzyjają i wyciągają pomocną dłoń?

Grażyna Barszczewska – Jestem bardzo wdzięczna wielu osobom, które pomogły mi, zwłaszcza na początku mojej drogi artystycznej, kiedy po pierwszej poważnej porażce, która była dla mnie jak kubeł zimnej wody, musiałam się przenieść z Warszawy na studia do Krakowa. Znaleźli się ludzie, którzy powiedzieli: „Nie powinnaś się poddawać”, „Próbuj dalej”. Jeszcze podczas studiów w PWST ogromnym kredytem zaufania obdarowała mnie dyrektor Irena Babel, proponując główną rolę w „Czajce” Czechowa. A to rola marzenie na debiut! Musiałabym tu wymienić wiele osób, którym sporo zawdzięczam. Czasem były to uwagi krytycznie, ale zawsze życzliwe.

Przyznam, że bardziej cenię konstruktywną, czasem nawet bolesną krytykę niż okrągłe komplementy. Ot, choćby taki niby drobiazg: kiedy śpiewałam piosenki do wierszy Achmatowej w Piwnicy pod Baranami, Piotr Skrzynecki na próbie koncertu we Wrocławiu kazał mi zdjąć modne wówczas, ogromne, okrągłe, błyszczące klipsy, w które się przystroiłam. Miał rację. Proszę sobie wyobrazić, że spalałabym się w piosence o rozstaniu, a widz skupiałby uwagę na błyszczących kołach w moich uszach! Do dziś pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w Piwnicy Ewę Demarczyk, wielką artystkę, mistrzynię ascetycznego wizerunku – czerni bez dodatków, kiedy całą uwagę skupiałam na sile jej genialnej interpretacji.

Czy obok życzliwości spotkała się pani w środowisku, w którym przecież panuje konkurencja, z zawiścią?

Grażyna Barszczewska – Rywalizujemy – to prawda, ale nie zawsze musi to być nieszlachetna rywalizacja. Każdy z nas ma w sobie i dobro, i zło, jesteśmy w czarno-białą kratkę. Jedni mają więcej bieli, inni czerni, która wręcz lepiej się sprzedaje. Anioła trudniej sprzedać niż diabła, który w nas siedzi, ale nie zajmuję się ciemną stroną natury ludzkiej. Zawiść? Wolę jej nie zauważać.

Może zbyt optymistycznie albo wręcz naiwnie wierzę, chcę wierzyć, że skoro szanuję ludzi i staram się wnieść coś dobrego swoim istnieniem, to i inni nie mają powodu oddawać mi negatywnych emocji.

Wolę skupiać się na tym, co buduje. A przecież pozytywnej energii nie brakuje. Kiedy 2 lata temu odbierałam z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, dostałam serdeczne brawa nie tylko od licznie zgromadzonych kolegów po fachu, lecz także od całej ekipy pracowników technicznych, którzy przyszli do Pałacu Prezydenckiego: garderobianych, elektryków, maszynistów, krawcowych, portierów. To była piękna nagroda od nich.

Kontakt z publicznością i takie żywe reakcje wydają się dla aktora największą nagrodą i motywacją. A co jest dla pani największą barierą?

Grażyna Barszczewska – Nieśmiałość. Mój zawód jest ciągłą walką z tą słabością. Co ciekawe teraz, kiedy już założę kostium i ucharakteryzuję się, trzeba by mnie wołami zatrzymywać, żebym nie wyszła na scenę! Tam poczucie onieśmielenia natychmiast mnie opuszcza. W momencie wyjścia na scenę albo przed kamerę wszystkie opory mijają. Może to dlatego, że zasłaniam się inną postacią, kostiumem?

Grażyna BarszczewskaRole wymagające wyraźnego przeistoczenia się przychodzą łatwiej?

Grażyna Barszczewska – Oczywiście. Bardzo trudno jest grać siebie czy blisko siebie. Rola jest przecież wejściem w skórę kogoś innego. Kiedy gram, nie jestem Grażyną Barszczewską tylko np. szekspirowską Porcją czy Podstoliną z „Zemsty” – postacią, w którą się wcielam, ale jednak z moją barwą głosu, moim temperamentem, moim ciałem. Chodzi o całkowite przeistoczenie się do roli przez pryzmat własnych emocji. Aktorstwo to rzemiosło, które posiłkuje się naszym życiem, naszymi doświadczeniami, dlatego Lady Makbet w moim wykonaniu będzie inna niż ta sama postać, którą zagra moja koleżanka.

Wizerunek damy, który do pani przylgnął, leży jak ulał, czy nieco uwiera i kusi, żeby sięgać po bardziej charakterystyczne postaci?

Grażyna Barszczewska – Za tym wizerunkiem stoją moje najpopularniejsze role, z którymi kojarzy mnie szeroka publiczność, szczególnie telewizyjna. Etykietka damy nie doskwiera mi prywatnie, bo dla mnie dama to ktoś, kto potrafi się zachować w każdej sytuacji i szanuje drugiego człowieka. Zawodowo od dawna – szczególnie na scenie – „oddamiam się”. Widzowie, którzy lepiej znają moje role, wiedzą, że damą w niektórych sztukach bywam, ale pokazuję się też od zupełnie innej strony: i komediowej, i tej czasem mało szlachetnej, i dekoracyjnej, nieprzystającej do utartego wizerunku damy.

W środowisku bywa pani nazywana „amantką z pieprzem”. To trafne określenie?

Grażyna Barszczewska – Ta odrobina pieprzu bardzo mi schlebia, bo taka sama słodycz amantki to straszna nuda. Oczywiście, jeśli rola tego wymaga, staram się wyglądać po amancku. Pomagają mi w tym charakteryzatorzy, fryzjerzy, operatorzy czy reżyserzy światła. Moja twarz, moje ciało – to też mój warsztat pracy i używam tych środków świadomie. Kiedy jednak gram postać dramatyczną czy wręcz tragiczną, dbam o to, żeby wyglądać źle, to znaczy prawdziwie. Zresztą pojęcie piękna nie jest jednoznaczne. Piękno to nie kształt nosa ani kolor oczu. Młodość i uroda to jednak nie wszystko. W moich oczach piękna jest np. pani Danuta Szaflarska.

Czy któraś z ról zapadła pani szczególnie w pamięć?

Grażyna Barszczewska – Musiałabym prześledzić co najmniej 200 ról, które zagrałam, ale myślę, że to jeszcze nie czas na podsumowania. Może jeszcze coś istotnego się w moim zawodowym życiu zdarzy? Pracuję nad 2 dużymi projektami, które – mam nadzieję – okażą się ważne. Wolę żyć tym, co dzieje się teraz, niż analizować to, co już przeminęło. Gdyby nie dokumentacja, zdjęcia czy zapisy archiwalne na taśmie, o wielu rolach w ogóle bym nie pamiętała. Czasem przypominają o nich widzowie. Wczoraj na spotkaniu z publicznością w Szczecinie widzowie wspominali moją Gizelę w „Dwojgu na huśtawce”, a to było dosyć dawno. To miłe.

Od czasu do czasu słychać głosy, że brakuje ról kobiecych, zwłaszcza dla dojrzałych aktorek. Wydaje się, że pani nie odczuwa braku propozycji.

Grażyna Barszczewska – Niestety w literaturze dramatycznej, scenariuszach filmowych trzy czwarte postaci to role męskie. Z tych pozostałych tylko nieliczne są dla kobiet dojrzałych. Jestem szczęściarą, że nigdy nie zaznałam zawodowej bezczynności, i to na szczęście trwa. Może dlatego, że jak już schwytam okazję w swoje ręce, to wyciskam z niej ile się da? Ale tak jest rzeczywiście i nie tylko u nas, chociaż. w ostatnich latach we współczesnej literaturze na świecie, w filmie, dojrzałe aktorki mają coraz więcej ciekawych ról do zagrania. Szczególnie jest to zauważalne w światowym kinie wysokich lotów. Może i do nas dotrze ta tendencja?

O czym pani marzy na obecnym etapie, z takim stażem i bagażem doświadczeń? Ma pani pragnienia, oczekiwania, czy zdaje się pani na to, co przyniesie los?

Grażyna Barszczewska – Jestem otwarta na nowe doświadczenia, na współpracę z ludźmi utalentowanymi, pracowitymi, z pasją, ale oprócz moich obowiązków zawodowych mam bliskich, którym chcę poświęcać możliwie jak najwięcej czasu, bo życie to nie tylko scena i ekran.

Pracę zawodową łączy pani z działalnością charytatywną. Czym się pani kieruje, wybierając wśród wielu potrzebujących tych, którym najbardziej warto pomóc?

Grażyna Barszczewska – Ludzkie potrzeby to prawdziwy worek bez dna. Chciałoby się pomagać wielu osobom czy instytucjom, ale możliwości są ograniczone. Robię to, co mogę, tyle, na ile mnie stać. Od dawna jestem związana z Towarzystwem Chorych na SM. Biorę także udział w charytatywnych koncertach, akcjach, ostatnio na rzecz hospicjum dla dzieci.

Sama więc pani bywa sponsorem, pomagając potrzebującym. A czy warto wspierać sztukę, kulturę?

Grażyna Barszczewska – Nie byłoby na świecie wielu wybitnych dzieł, artystów, spektakli, oper, filmów, gdyby nie znaleźli się ci hojni, wspaniali ludzie, którzy wyłożyli na to pieniądze. Pomoc ma różny wymiar, czasem małych, innym razem potężnych kwot, ale każdy rodzaj wsparcia dla kultury jest cenny. Bywa, że jest to obopólna korzyść.

Nierzadko pokaźny zastrzyk finansowy zwraca się w postaci reklamy, splendorów spływających na darczyńców, a to z kolei przekłada się na zainteresowanie firmą, produktami i przynosi wymierne zyski.

Nie mówiąc już o wielkiej roli wspierania wysokiej kultury. Ja także doświadczyłam takiego wsparcia przy produkcji przedstawienia „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej”, które z niesłabnącym powodzeniem gramy od kilku lat w teatrze Ateneum. Nie byłoby tego spektaklu, gdyby nie uwierzyła w ten projekt i jego jakość pani Grażyna Kulczyk, która nie od dzisiaj jest szanowanym mecenasem kultury. Wiem, że takich hojnych ludzi biznesu, przedsiębiorców gotowych wspierać kulturę jest sporo, ale byłoby jeszcze więcej, gdyby były stosowne zapisy prawne, żeby przedsiębiorcy, którzy chcą być mecenasami sztuki, mieli z tego coś więcej niż satysfakcję. Na świecie z powodzeniem funkcjonują już takie rozwiązania. Gdyby ci cudowni wariaci, którzy wierzą w sztukę, zyskali poparcie władz, byłoby to z korzyścią dla nas wszystkich. Tutaj może ktoś zapytać, czy życie nie może obyć się bez sztuki. Oczywiście przeżyć można, ale co to za życie?

Czy właśnie obcując ze sztuką, najlepiej pani wypoczywa, np. przy pianinie, jak za dawnych lat?

Grażyna Barszczewska – Do pianina zasiadam już rzadko, zazwyczaj przy okazji świąt i rodzinnych spotkań, kiedy wspólnie muzykujemy i śpiewamy kolędy. Kiedy jednak zdarza się, że rola wymaga zagrania kilku utworów, wtedy ta umiejętność się przydaje. Oczywiście ostro przystępuję wtedy do ćwiczeń, żeby ożywić palce nieprzywykłe do codziennej gry.

Na jakie małe przyjemności najbardziej pani czeka, mając czas tylko dla siebie albo perspektywę wolnych dni?

Grażyna Barszczewska – Zwykle to czas nadrabiania różnych zaległości, ale największym wytchnieniem codziennym, a właściwie conocnym, jest lektura. Każdego wieczoru czekam na swoją nagrodę i sięgam po książkę. Staram się czytać wybitną literaturę, bo na byle jaką szkoda mi czasu. Ostatnio wracam do powieści Wiesława Myśliwskiego – obcowanie z taką wyobraźnią i z takim językiem jest prawdziwą przyjemnością. Lubię też podróże – nie tylko te w świat fikcji. Za cel prywatnych podróży najchętniej wybieram miejsca niewydeptane przez Japończyków i bogate Amerykanki.

I pewnie najchętniej poznaje je pani bez przewodnika, chodząc własnymi ścieżkami?

Grażyna Barszczewska – Będąc w Indiach, trzeba zobaczyć Tadż Mahal i warto tam spędzić nawet cały dzień, ale mnie interesuje również to, co znajduje się „za kulisami” tych sztandarowych zabytków. Lubię podglądać, co kryje się za odmalowanymi fasadami, odwiedzać podwórka, na których zatrzymał się czas, szukać autentyzmu na ulicach i w zaułkach. Uwielbiam chłonąć atmosferę miejsc, na którą składają się ludzie, sytuacje, dźwięki i zapachy. Zwłaszcza, że mam szczególnie wrażliwy zmysł powonienia i pamięć zapachów mnie prześladuje, co bywa niekiedy uciążliwe. Przechowuję np. w mojej pamięci słony zapach stepu w Kazachstanie i rozgrzaną ziołami bezmotoryzacyjną wyspę Lamu na Oceanie Indyjskim, ale także swojski klimat domowego ogródka z grządkami gdzieś na naszej małej podlaskiej wsi.

Fot. Jacek Poremba (1), T. Jachyra (5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020