Menu
Jerzy Bończak z żoną

Jerzy Bończak – Nie muszę być legendą

Życie dzieli między Warszawę a Warmię. Ceni sobie błogie lenistwo w sielankowym otoczeniu natury, ale dłuższa bezczynność drażni go i wzywa z powrotem do miasta.

Jako człowiek aktywny wciąż dokłada sobie nowe zadania, ale obowiązki aktora, reżysera i producenta dają mu wiele satysfakcji, zwłaszcza że – jak podkreśla – reprezentuje pokolenie, dla którego to nie pieniądze i sława, ale jakość pracy i ciągły rozwój stanowią największą wartość i nadają życiu sens

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

W rozmowach ze znanymi ludźmi zawsze ciekawią mnie ich motywacje, które doprowadziły ich na szczyt. Co skłoniło pana, by sprawdzić się w aktorstwie?

Jerzy Bończak – Przypadek, który wciąż rządzi moim życiem. To on sprawił, że pod koniec liceum, a dokładnie w dziesiątej klasie – bo za moich czasów było ich jedenaście – spotkałem Krystynę Kłosowską, żonę Romana Kłosowskiego, która namówiła mnie do udziału w szkolnej akademii i do deklamacji wiersza Broniewskiego „Ulica Miła”.

Nikt w mojej rodzinie nie pochodził z kręgów artystycznych, więc nie byłem obyty ze sceną i bałem się publicznego występu, ale w końcu się przełamałem.

I udało się – zapamiętałem cały tekst, ale nie wiem, czy nie uśpiłem kolegów. Mogło tak być, bo tekst był trudny, sam pewnie rozumiałem utwór inaczej niż jeśli miałbym go zinterpretować dziś. Po tym debiucie pani Krystyna zaproponowała, żebym przyłączył się do Koła Miłośników Sceny, czyli do zabawy w teatr z młodzieżą w różnym wieku w ogródku jordanowskim. Akurat był wakat w „Ślubach panieńskich” i tak oto, o ironio, zagrałem Radosta, czyli najstarszą postać w sztuce, mimo że byłem o pięć lat młodszy od kolegów, wuja których grałem.

Od początku był pan rzucony na głęboką wodę.

Jerzy Bończak – Tak, zwłaszcza że ten amatorski teatr był prowadzony w sposób bardzo zbliżony do zawodowego, który poznałem dopiero po studiach. Tak mi się spodobała ta profesjonalna zabawa, że zacząłem się przykładać do tych zajęć bardziej niż do nauki. W ogóle z większością przedmiotów byłem na bakier, bo nauka łatwo mi przychodziła, więc traktowałem ją nieco po macoszemu.

Po kilku miesiącach pani Krystyna zaskoczyła mnie pytaniem, czy nie spróbuję zdawać do szkoły teatralnej. W ogóle o tym nie myślałem.

Rozważałem raczej polonistykę, bo pisywałem wiersze, albo medycynę, bo miałem brata rektora i kalkulowałem korzyści (śmiech). Jednak zacząłem – na tyle poważnie, na ile 16-latek może poważnie myśleć o swojej przyszłości – rozważać wybór aktorstwa. Krystyna Kłosowska zobaczyła we mnie potencjał i namówiła mnie, żebym spotkał się z jej mężem i poddał się jego ocenie. Tak się wszystko zaczęło. W klasie maturalnej zacząłem się solidnie przygotowywać, żeby zdawać do szkoły teatralnej. Udało mi się to za pierwszym razem, gdy miałem niespełna 18 lat, i w wieku 22 lat byłem przygotowany do zawodu.

Jerzy Bończak I od razu rzucił się pan w wir pracy?

Jerzy Bończak – Pomimo różnych deklaracji moich profesorów – wybitnych aktorów, którzy twierdzili, że powinienem dostać angaż w jednym z warszawskich teatrów, nie doczekałem się, a wtedy nie było zwyczaju chodzenia po teatrach i prezentowania własnej osoby. Dostałem kilka propozycji spoza Warszawy, z których najbliższa była mi oferta z Olsztyna. Chociaż od siódmego roku życia jestem związany z Warszawą i trudno było mi opuścić to miasto, mazurskie jeziora mnie skusiły i wyjechałem. Decyzja okazała się słuszna – już za pierwszą rolę, którą zagrałem w tamtejszym teatrze, dostałem nagrodę dla młodego aktora na festiwalu w Katowicach, a dodatkowo propozycję pracy w Warszawie, więc nie zagrzałem długo miejsca na Mazurach. Już po pół roku zacząłem pracę w Teatrze Rozmaitości.

Teraz ma pan ponad 40 lat stażu i imponujący, zróżnicowany dorobek. Zaczynał pan od typów spod ciemnej gwiazdy, a z czasem pańską specjalizacją stała się komedia. Znowu przypadek?

Jerzy Bończak – Z tym moim udziałem w komediach jest tak, że nigdy nie widziałem siebie jako aktora stricte dramatycznego, takiego od ról szekspirowskich. Zawsze wydawało mi się, że więcej obopólnej satysfakcji – aktorowi i widzowi – daje repertuar lekki, choć byłem świadomy, że jest to gatunek niedoceniany.

Nie przechodzi się do historii, będąc aktorem komediowym.

Ale nie po to uprawiam ten zawód, żeby stać się legendą, tylko żeby czerpać z niego przyjemność. Na początku rzeczywiście grałem głównie czarne charaktery, potem był dziewięcioletni okres pracy w Teatrze Nowym, kiedy to próbowałem sił w sztukach klasycznych, od Moliera po Mrożka, w których tak dobrze się odnajdywałem, że zapomniałem o swoich młodzieńczych marzeniach, by grać w repertuarze lekkim. Jednak nadszedł moment zmiany władz w teatrze, co wiązało się ze zmianą mojego ówczesnego statusu i oznaczało konieczność rozstania. Tak trafiłem do Teatru Kwadrat, gdzie zaczęła się moja przygoda z farsą i komedią. Spodobało mi się to do tego stopnia, że z czasem zacząłem komedie reżyserować, a jeszcze później – produkować.

Jerzy Bończak z żoną

Jerzy Bończak z żoną

Wielu aktorów podkreśla, że role komediowe są wbrew pozorom trudniejsze. Rzeczywiście są większym wyzwaniem?

Jerzy Bończak – Bez dwóch zdań. Te pozory mogą mieć źródło z utożsamianiem komedii z opowiadaniem kawałów u cioci na imieninach, ale nie można stawiać tych form rozrywki na równi. Komedia jest najtrudniejszym gatunkiem, bo opiera się na czystej matematyce. Puenta powiedziana o sekundę za wcześnie lub za późno burzy cały zamysł autora i nie niesie takiego ładunku, jak powinna. Rola komediowa wiąże się z ciężką pracą, wymagającą dużej precyzji. Jeżeli aktor jest myślący, to publiczność wymusza na nim pauzy, jeśli natomiast klepie tekst jak maszyna, to szanse na pożądany efekt są marne. Ten gatunek domaga się naprawdę dobrych aktorów, z wyczuciem sceny i publiczności, a przy tym inteligentnych. Chyba właśnie niechcący zaliczyłem się do tego grona (śmiech).

Czy role, które pan wybiera, i sztuki, których reżyserii się pan podejmuje, odzwierciedlają pańskie poczucie humoru?

Jerzy Bończak – Nie zdarzyło mi się, żeby realizować coś, co mnie nie bawiło. Jeśli po dziesiątkach przeczytanych scenariuszy coś mnie zaskoczy i szczerze rozbawi, to mam stuprocentową pewność, że moje poczucie humoru sprawdzi się na scenie, a śmiech przeniesie się na widzów. Z kolei czasami doświadczenie sprawia, że już na etapie lektury tekstu wiem, co rozbawi widza, chociaż mnie to akurat nie śmieszy. Komedia nie ma nic wspólnego z żartami opowiadanymi przy rodzinnym stole albo serwowanymi w wątpliwej jakości współczesnych kabaretach – to zupełnie inna koncepcja rozbawiania publiczności.

Czy czas spędzony w szkole teatralnej był pożyteczny?

Jerzy Bończak – Dla mnie bardzo. Jak mówiłem, nie pochodzę z rodziny z artystycznymi tradycjami, więc wszystko, co umiem, zawdzięczam podstawom, które przekazano mi na studiach i które sam potem rozwijałem w praktyce. Wiedza wybitnych aktorów i pedagogów teoretyków dała mi doskonałą bazę do wykorzystania we własnych realizacjach.

Jak wypadły pańskie wyobrażenia o zawodzie z czasów licealnych w zderzeniu z własnymi doświadczeniami aktorskimi?

Jerzy Bończak – Po takim czasie wspomnienia się zacierają, ale pamiętam niewiarygodnie silne emocje, jakie towarzyszyły mi przed moją pierwszą premierą. Jak dziś słyszę z głośników gwar oczekującej na spektakl publiczności, kiedy siedziałem jak na szpilkach w garderobie, odliczając minuty do wyjścia na scenę. Chociaż wiele prób było za mną, tego wieczoru trzęsłem się jak osika, słysząc odgłosy żywej publiczności, przed którą miałem stanąć. Bardzo bałem się tej konfrontacji, ale jakoś poszło i kolejny raz było już łatwiej, co nie znaczy, że spokojniej, bo póki się pracuje i ma się jakąś odpowiedzialność, nie ma miejsca na spokój. Z biegiem lat trema jest wręcz większa. Zawsze czuję niepokój na myśl o tym, z jaką publicznością się spotkam i co w moją stronę powieje z jej strony, a – proszę mi wierzyć – od razu wyczuwa się chłód albo interakcję ludzi na widowni.

Jerzy BończakCzy właśnie ów kontakt z widzem i świadomość, że pracuje pan dla odbioru publiczności, jest esencją pańskiego zawodu?

Jerzy Bończak – Moje nastawienie względem publiczności zawsze musi być pozytywne, niezależnie od tego, gdzie i dla kogo gram oraz jaki jest odbiór. Aktor musi kochać publiczność i zawsze dążyć do tego, by jak najlepiej się zaprezentować. Akceptacja lub sympatia widowni jest sprawą odrębną. Jeżeli już w trakcie spektaklu czuję, że widzowie mnie nie akceptują, staram się ich pozyskać. Jeśli mi się to nie udaje, to przegrałem i mam stracony wieczór.

Jaki okres swojej pracy zawodowej wspomina pan z największym sentymentem ze względu na zagrane role albo życie towarzyskie?

Jerzy Bończak – Właśnie wspomniany klasyczny okres w nieistniejącym już Teatrze Nowym, którego repertuarowo nie kontynuuję. Dziś żyjemy w czasach, kiedy publiczność oczekuje przede wszystkim rozrywki. Dobrze, jeśli jest ona oparta na dobrej literaturze i dobrym aktorstwie.

Zwłaszcza że czasy mamy niewesołe.

Jerzy Bończak – Otóż to, dlatego warto, by ktoś, kto decyduje się pójść do teatru – a przeciętny Polak chodzi do teatru raz na siedem lat – nie doświadczył rozczarowania. Bywa tak, że jest pełna sala, a publiczność wychodzi zawiedziona. Aktorzy na scenie, widząc pełną salę, cieszą się, bo uznają, że są wyczekiwani, pokazują coś, co wydaje im się na niezłym poziomie, a potem słyszą mało pochlebne komentarze. To oczywiście przykre momenty pracy, ale cały czas trzeba walczyć, żeby po spektaklu słyszeć słowa uznania albo widzieć uśmiech na twarzy wychodzących z teatru ludzi.

Dziś propozycje są równie ciekawe jak w początkach kariery?

Jerzy Bończak – Różnica jest taka, że dziś sam wyszukuję sobie interesujące mnie propozycje. Przez ostatnie sześć lat – odkąd prowadzę swego rodzaju teatr – sam w pełni decyduję, co robię. Wcześniej angaż na różnych scenach nie dawał mi takiej swobody wyboru.

W ostatnim czasie realizuje się pan głównie jako człowiek teatru. Nie brakuje panu pracy przed kamerą? Taki kierunek kariery to wynik okoliczności czy świadomy wybór?

Jerzy Bończak – Możliwe, że są aktorzy, którzy świadomie dokonują takiego wyboru i grają tylko w filmie albo tylko w teatrze, ja zawsze wysoko ceniłem obie te formy aktorstwa. Kochałem kamerę – wydaje mi się, że z wzajemnością, zaś teatr daje niesamowite emocje związane z występem na żywo. Długo pracowałem i tu, i tu, ale w pewnym momencie nastąpił zastój, jeśli chodzi o film – propozycje były bardzo rzadkie, a ja na ogół z nich korzystałem, bo tęskniłem za kamerą. Tak to już bywa w życiu aktora, że ma się swoje kilka minut, kiedy ma się szansę zaistnieć przed kamerą, a potem pozostaje realizować się w teatrze.

Popularność była dla pana kusząca, gdy wybierał pan zawód?

Jerzy Bończak – W moim odczuciu ten zawód naturalnie łączy się z popularnością. Oczywiście można być równie profesjonalnym, uprawiając go anonimowo. Sam dużo jeżdżę po pozawarszawskich teatrach, gdzie aktorzy – często wybitni – nie mają szans zyskać popularności dzięki telewizji. Tkwią w małej miejscowości, w jednym teatrze i może nawet mają żal do życia, że nie są rozpoznawalni, szeroko doceniani, zapraszani, nagradzani.

Innym wystarczy lokalna popularność i satysfakcja, jaką czerpią z gry.

Ja zaczynałem pracę zawodową, kiedy w telewizji były dwa seriale, w których miałem przyjemność brać udział i które zostały w pamięci widzów. Dziś od rana do późnych godzin nocnych widz ma ogromny wybór propozycji serialowych, których nie sposób znać, a co dopiero oglądać. Za moich czasów takie seriale, jak „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Dom”, „Alternatywy 4” czy wcześniej „Stawka większa niż życie” były znane wszystkim. Kiedy leciał odcinek, miasto zamierało. Nie sposób było nie znać aktorów, którzy w nich grali. W początkach telewizji serial był pretekstem do spotkań towarzyskich. W latach 70., kiedy telewizja była już powszechna, ten kult seriali się utrzymał – może dlatego, że były one naprawdę profesjonalne, realizowane z taką samą starannością co filmy. Teraz to widz decyduje, co chce oglądać.

Czy doświadczenia z reżyserią pozwoliły panu inaczej spojrzeć na pracę aktora?

Jerzy Bończak – Zupełnie inaczej. Wcześniej nie miałem świadomości, ile wysiłku trzeba włożyć w przygotowanie się do wyreżyserowania sztuki. Wręcz lekceważyłem pracę reżysera, jako aktor byłem bardzo niesforny i stanowiłem ciężki materiał do obróbki. Teraz spokorniałem wobec reżyserów i uważnie słucham ich koncepcji przedstawienia, w której przewidziano dla mnie miejsce. Chodzi jedynie o to, żeby mój pomysł na rolę nie odbiegał od jego wizji, bo gram w projekcie zbiorowym pod batutą reżysera.

W aktorach młodego pokolenia widzi pan siebie sprzed lat, czy to zupełnie inne czasy, w których ludzie mają inne priorytety?

Jerzy Bończak – Wprawdzie wolałbym nie generalizować, bo nie znam dobrze środowiska młodych aktorów, ale w większości przypadków obserwuję dążenie do tego, by szybko zrobić karierę, zyskać popularność i zarabiać duże pieniądze. Dla ludzi mojego pokolenia zarobki były najmniej ważne, a i tak pieniądze zawsze były – może dlatego, że inne były potrzeby. Powszechne dziś krótkie kariery, które kończą się z chwilą zakończenia emisji serialu, są płytkie i nie rokują dobrze na przyszłość zawodową.

My priorytetowo traktowaliśmy bycie w teatrze i ciągły rozwój, związany choćby z możliwością obserwacji zza kulis aktorów z większym dorobkiem.

To wynikało z potrzeby autorytetów, której u młodych ludzi dziś nie dostrzegam, wydaje mi się, że oni sami są dla siebie autorytetami i nie przyjmują – zwykle niesłusznie – rad starszych kolegów, którzy naprawdę wiedzą więcej. Szkoda, bo młodym aktorom często brakuje podstaw, np. technicznej wiedzy, że wychodząc na scenę z prawej strony, powinno się wychodzić prawą nogą, bo wtedy jest się otwartym do widza. Można pewnych rzeczy nie wiedzieć, ale jak mówię takiemu młodemu człowiekowi o czymś, co w alfabecie jest literką „A”, to on się oburza, że ktoś chce go uczyć alfabetu. My marzyliśmy, by doścignąć wielkich aktorów, dlatego podpatrywaliśmy ich pracę, chłonęliśmy ich warsztat. Dziś młodzi aktorzy nie analizują ról starszych kolegów, zachwycają się jedynie amerykańskimi gwiazdami.

Na kim pan się wzorował?

Jerzy Bończak – Miałem bardzo wiele wybitnych autorytetów. Do tego grona zaliczam Aleksandra Bardiniego, Jana Kreczmara, Zbigniewa Zapasiewicza, Gustawa Holoubka. Podziwiałem ich, ale również spotkałem się z nimi osobiście. To oni uczyli mnie zawodowego abecadła. W teatrze zetknąłem się z kolei z Wojciechem Pokorą, który doskonale umiał prowadzić publiczność. Z zachwytem patrzyłem, jaką ma władzę nad reakcją publiczności, i dużo się od niego nauczyłem.

Czy wśród tylu ról są takie, które wolałby pan wymazać z pamięci?

Jerzy Bończak – Jeśli takie były, to chyba skutecznie je wymazałem (śmiech).

W Olsztynie nie tylko rozpoczynał pan pracę jako absolwent PWST, lecz także znalazł pan swoją odskocznię od wielkomiejskiego tempa. Nadal dzieli pan życie między Warszawę i Warmię?

Jerzy Bończak – Tak. Mało tego, już nie mogę się doczekać wiosny, bo wtedy, w okolicach kwietnia, wyjeżdżamy z żoną na Warmię. Tam mamy niewielki, prawie stuletni domek z czerwonej cegły – przystosowany do całorocznego zamieszkania, ale drogi w utrzymaniu, więc jesienią wracamy do Warszawy na drugą połowę roku. W przypadku realizacji zawodowych odległość nie stanowi problemu, a móc usiąść nad jeziorem i patrzeć na fototapetę, jak mawiają moi koledzy na landszaftowy widok z mojego domu, jest bezcenne. Fantastycznie mieć taką odskocznię, choć z drugiej strony, gdy jest tak cudownie, człowieka ogarnia błogie lenistwo, a wtedy zaczynam się denerwować, że nic nie robię. Taka już moja natura.

Jeśli jeziora, to również wypoczynek z wędką?

Jerzy Bończak – Rzeczywiście długo tak było. Sam pomysł znalezienia sobie takiej ostoi nad jeziorem zrodził się z tego, że jako wędkarz chciałem mieć swój akwen. Jednak po pewnym czasie trochę mnie to hobby znudziło. Poza tym jeziora wciąż przechodzą w prywatne ręce i coraz trudniej dziś o ryby.

Jest pan bardzo aktywnym człowiekiem, zwłaszcza odkąd prowadzi pan agencję artystyczną. Praca reżysera i producenta pomogła panu odkryć w sobie talent menadżarski, czy prywatnie też jest pan zorganizowanym człowiekiem?

Jerzy Bończak – Jestem dobrze zorganizowany. Oczywiście praca producenta wiele uczy, ale nie podjąłbym się jej, gdybym nie odkrył w sobie predyspozycji do tego, żeby zapanować nad całą logistyką związaną z przygotowaniem spektaklu. Muszę nie tylko zorganizować pracę całej ekipy, lecz także znaleźć miejsce, w którym będziemy grać, a to niełatwe zadanie. Z drugiej strony, brak budynku zdejmuje z barków inne problemy, takie jak ochrona obiektu, przeciekający dach czy zapadające się fotele. Wszystko ma swoje wady i zalety.

Spotykamy się tuż przed świętami, a za chwilę nowy rok. Jakie życzenia byłyby najbardziej trafione w kontekście pańskich dążeń i marzeń?

Jerzy Bończak – Nie mam skonkretyzowanych planów ani marzeń. Chciałbym jedynie, żeby dane mi było spotykać się z odpowiedzialnymi, lojalnymi i życzliwymi ludźmi – nie tylko w sferze teatru, najlepiej w innej rzeczywistości politycznej niż obecna.

Fot. Piotr Jakubowski (3), Małgorzata Iwanicka (1), Jacek Rzodeczko (1)

 

4 odpowiedzi na “Jerzy Bończak – Nie muszę być legendą”

  1. Piotrus pisze:

    Jakoś nie lubię tego aktora. Jest nijaki

  2. Lwica lewica pisze:

    Uwielbiam go

  3. Aston B pisze:

    W mojej obserwacji życia (a „obserwuję” je już blisko 60 lat…) ludzie podpisujący się Piotr zwykle okazują się być i33diotami… Coś w tym musi być bo czytając Twój wpis – mam więcej śmiałości w wyrażaniu tego poglądu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020