Menu
Lucyna Malec

LUCYNA MALEC – Czekając na Oscara

Dziewczęce marzenia o aktorstwie zaprowadziły ją do szkoły teatralnej, a zrządzenie losu – na scenę Teatru Kwadrat, gdzie zadomowiła się na dobre. Kolejne role dały zasmakować różnych odsłon zawodu, a przyjaciele po fachu pokazali, że praca może być przyjemnością. Teraz zostało zdobyć Oscara, o którym marzy każdy aktor, a jeśli się nie uda, to dalej stawać się wciąż kimś innym, dając z siebie wszystko, by czerpać z grania radość i nie zawieść widzów

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

Spotykamy się w Kwadrat Bistro Art – po sąsiedzku z teatrem, który nie jest chyba jedynie miejscem pracy, bo jest pani z nim związana od początku kariery. Można powiedzieć, że to drugi dom?

– Absolutnie nie jest to przesadzone. Bywają momenty, szczególnie w okresie przedpremierowym, że w teatrze spędzam więcej czasu niż w domu. Do Teatru Kwadrat trafiłam od razu po szkole teatralnej i spędziłam w nim całe życie zawodowe, przynajmniej jeśli mowa o etacie, bo na szczęście występuję nie tylko na scenie. Razem z Kwadratem parę razy zmieniałam adres – graliśmy na Czackiego, potem tułaliśmy się z występami gościnnymi, a od ponad roku cieszymy się wyremontowaną siedzibą przy Marszałkowskiej, gdzie praca jest czystą przyjemnością. Przez ścianę mamy fajne bistro, a w środku piękne foyer, przytulne garderoby i uroczą przejściówkę, z której nie chce się wychodzić na scenę (śmiech).

Miejsce to jednak nie wszystko, a skoro tak głęboko zapuściła pani korzenie w Kwadracie – co nie jest częste w zawodzie aktora – to musi być dobrze. To kwestia ludzi, repertuaru, stabilizacji?

Lucyna Malec– Wszystko to ma znaczenie. Od czasu, kiedy stawiałam pierwsze kroki w zawodzie, teatr bardzo się zmienił, powstało wiele scen impresaryjnych, prywatnych. Teatr etatowy daje mi poczucie bezpieczeństwa – nawet jeśli jest ono złudne – i przynależności do miejsca, które jest dla mnie czymś więcej niż miejscem pracy. W Kwadracie panuje fantastyczna atmosfera, nie spotykam się tu z kolegami z pracy, ale z przyjaciółmi. Do tego stopnia, że nawet na wakacje jeździmy razem.

Dzięki temu do pracy chodzę z przyjemnością, co nie znaczy, że zawsze jest wesoło, miło i rozrywkowo.

Na próbach wcale nie ma luźnej atmosfery – jest skupienie na zadaniu, które prowadzi do spięć, a niektórzy nawet twierdzą, że nie ma premiery bez awantury. Jednak w gronie przyjaciół wymiana zdań to nic złego. Przecież nie trzeba się kłócić ani obrażać, można się natomiast twórczo spierać – w końcu chodzi o jak najlepszy efekt wspólnej pracy, a w teatrze jak na boisku – wszyscy gramy do jednej bramki. Praca w teatrze jest zespołowa. Oczywiście każdy z nas jest indywidualnością, ale wszystkie osobowości muszą się w końcu spotkać. Wtedy teatr ma sens.

Ma pani szczęście do reżyserów i obsady? Trafia pani na role stworzone dla siebie?

– Nie narzekam na propozycje obsadowe, bo gram ciekawe, różnorodne role, które dają mi szansę poznać wiele odsłon aktorstwa. Właśnie osiągnęłam taki wiek, w którym aktorka jeszcze jakoś wygląda, ale już nie jest młoda i nie zagra podlotka. Zaczął się dla mnie etap ról charakterystycznych, czego przykładem może być najnowsza sztuka z moim udziałem – „Czego nie widać”. Jestem podekscytowana i ciekawa, co przyniesie ten rozdział kariery.

Od razu po studiach zależało pani, żeby dostać angaż w Kwadracie, czy zadecydował przypadek?

– To było prawdziwe zrządzenie losu. Studia skończyłam w 1989 r., w roku wyborów i przemian, kiedy w kraju nadzieja mieszała się z biedą i nikt nie wiedział, co będzie dalej, jak zmieni się sytuacja. W poszukiwaniach pracy cały mój rok spotykał się w teatrach z odmowami i argumentem, że sytuacja jest zbyt niepewna. Byliśmy odsyłani z kwitkiem, dyrektorzy rozkładali ręce. Czasy były tak upolitycznione, że mało kto myślał o kulturze, która w momencie przemian nie była priorytetem.

Kiedy zjawiłam się na rozmowę do Teatru Kwadrat, przyjął mnie ówczesny dyrektor Edmund Karwański – bardzo miło, ale jednocześnie nie dając mi większych nadziei. Jednak już następnego dnia zadzwonił do szkoły teatralnej, żebym przyszła. W awaryjnej sytuacji zostałam poproszona o szybkie zastępstwo etatowej aktorki i już zostałam. Dziś zastanawiam się, kiedy te 27 lat minęło.

W komediowym repertuarze czuje się pani najlepiej, czy role dramatyczne są równie kuszące?

– Myślę, że dla aktora największym darem jest różnorodność obsadowa. Cieszę się, że mam okazję grać różne role, od komediowych po dramatyczne. Właśnie ta różnorodność jest w moim zawodzie najcudowniejsza. Aktor ma przygotowanie, żeby zagrać wszystko. Jeśli jest dobry, odnajdzie się w każdym gatunku. Ja miałam to szczęście, że grałam w bajkach, próbowałam sił w dubbingu, od lat występuję na żywo przed publicznością, ale również w serialu. Komedia jest na tyle trudnym gatunkiem, że opanowanie jej jest sztuką, ale miałam się od kogo uczyć, żeby wspomnieć przede wszystkim Janka Kobuszewskiego, ale także moich nieżyjących już nieodżałowanych kolegów Jurka Turka i Andrzeja Kopiczyńkiego. Staram się nie myśleć, który gatunek jest najtrudniejszy do zagrania. Aktorstwo traktuję zadaniowo i każdą rolę staram się zagrać prawdziwie, pamiętając, że scena to nie miejsce na wygłupy.

Lucyna Malec

Czas studiów to dobra szkoła zawodu, czy prawdziwa nauka zaczyna się na scenie?

– Fantastycznie wspominam te cztery lata szkoły teatralnej. Nie był to łatwy okres, wyrwana z domu rodzinnego, mieszkałam w słynnej „Dziekance” – miejscu, które atmosferą biło inne akademiki na głowę. To był prawdziwy kocioł artystycznych zapędów i aspiracji, gdzie każdy na swój sposób udawał, że już na pierwszym roku jest wielką gwiazdą. Potem wraz ze świadomością, że wiele zależy od ciężkiej pracy, a jeszcze więcej od trafu i szczęścia, ten zapał trochę opada. Jednak wiedza, że na sukces składa się wiele rzeczy, przychodzi z czasem, a na początku poczucie dostania się do elity jest bezcenne i bardzo rozbudza nadzieje.

Inna sprawa, że pierwszoroczniacy szybko dostają po głowie, ale nawet fuksowanie, które można porównać do fali w wojsku, wspominam z dużym sentymentem.

Fuksował nas rok Andrzeja Łapickiego, na którym studiował m.in. Piotrek Gąsowski. Starsi koledzy naprawdę miło nas przyjęli. W czasach, kiedy w sklepach nic nie było, kupili w Peweksie pomarańcze, szampana, przynieśli orzechy. Czuliśmy się, jakbyśmy opływali w luksusy, wyobrażaliśmy sobie, że to przedsmak tego, co na nas czeka.

Potem bywało różnie, ale i tak okres studiów wspominam jako cudowny czas. Z perspektywy myślę sobie, że może za bardzo udzielałam się towarzysko, zamiast bardziej przyłożyć się do nauki, ale z drugiej strony coś trzeba mieć od życia, a kiedy się bawić, jeśli nie na studiach, kiedy jesteśmy młodzi? Na naukę nigdy nie jest za późno.

Co szczególnie zapamiętała pani z tego, co starali się przekazać kandydatom na aktorów wykładowcy PWST?

– Miałam wspaniałych profesorów, wśród których były m.in. Ryszarda Hanin i Aleksandra Śląska. Najważniejszą nauką, jaką zapamiętałam, było to, że zawód aktora niesie ze sobą ogromną odpowiedzialność i jest dla ludzi zdyscyplinowanych. Powtarzano nam, że jeżeli aktor nie pojawia się w teatrze, to nie żyje. Co wieczór czeka na nas na widowni kilkaset osób, których nie możemy zawieść.

Po latach trema nadal ściska za gardło?

– Trema cały czas mi towarzyszy, ale się zmienia, nie wiem czy na lepsze. W różnych momentach przyjmuje różne nasilenie, może to zależy od mojego przygotowania? Z tremą nigdy nic nie wiadomo, czasem dopada na chwilę i odpuszcza, a innym razem paraliżuje na dobre. Najgorsze, że nie mamy na to wpływu.

Etat nie jest zawodowym ograniczeniem?

– Nigdy tego tak nie traktowałam. Nawet praca na etacie daje aktorowi swobodę wyboru. Jestem też w bardzo komfortowej sytuacji, bo nasz dyrektor pozwala nam grać w filmach, serialach, więc mam duże możliwości zawodowe. Teatr jest tylko częścią mojej pracy.

Któraś z dotychczasowych ról jest dla pani najważniejsza?

– Na początku mojej kariery Marcin Sławiński reżyserował przedstawienie „Zbrodnie serca” – to cudowna sztuka Beth Henley, zekranizowana z udziałem Sissy Spacek, Diane Keaton i Jessiki Lange. Zagrałam w tej historii trzech sióstr z Ewą Wencel i Magdą Wołłejko – nie dość, że bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, to jeszcze wzięłam udział w fantastycznym spektaklu, który do dziś wspominam z sentymentem. Niestety już nie mogę w nim zagrać, bo to sztuka o młodych dziewczynach, ale chętnie bym ją obejrzała w innym wykonaniu.

W teatrze pracuje pani już ponad 25 lat, ale długi staż ma pani też w serialu „Na Wspólnej”. Relacje z ekipą są równie dobre jak za kulisami Kwadratu?

– To zupełnie inny rodzaj pracy – ekipa jest na planie codziennie, wykonując ciężką robotę, a aktorzy nie są aż tak eksploatowani – bywają kilka razy w miesiącu, kiedy nagrywają swoje sceny, więc kontakty są ograniczone. Niemniej za każdym razem jadę na plan z radością i cieszę się na te spotkania z moimi kolegami, a to najlepsze, co może być, gdy chodzi się z chęcią do pracy. Mam to szczęście, że gdziekolwiek gram, trafiam na życzliwych ludzi, z którymi dobrze się dogaduję i miło spędzam czas. Poza tym cieszy mnie rola Danuty Zimińskiej, bo w jej życiu dzieją się bardzo ciekawe rzeczy, zwłaszcza teraz, ale nic nie mogę zdradzić. Wątek mojej bohaterki pokazuje, jak różnorodne i zaskakujące jest życie – odzwierciedla to, co przeżywamy na co dzień.

To właśnie filmowi i serialowi bohaterowie przynoszą aktorom popularność. Lubi pani tę stronę zawodu, czy rozpoznawalność bywa męcząca?

– Wydaje mi się, że tak jak każdy sportowiec, który jedzie na Olimpiadę, żeby zdobyć medal, aktorzy już na początku kariery widzą oczyma wyobraźni Oscary. Potem one się oddalają, ale jak pokazuje historia „Idy”, nie tak znowu daleko. Cały czas jest więc nadzieja, że nie są one nieosiągalne. Jestem zdania, że myślenie, sprowadzające się do stwierdzenia, że jesteśmy w stanie zawojować świat, jest jak najbardziej właściwe. W każdej sztuce chcę zagrać jak najlepiej, chcę wypaść wspaniale i zostać zauważona. A popularność? Jest przyjemna, a niejednokrotnie wręcz korzystna, bo na co dzień spotykam się z dużą dozą sympatii, a przy okazji dzięki rozpoznawalności udało mi się parę rzeczy załatwić. Mam świadomość, że często jest mi łatwiej, niż gdybym była osobą anonimową – to duży plus, nawet jeśli pomoc jest udzielana przez pryzmat Danki Zimińskiej.

Lucyna MalecAktorstwo jest spełnieniem marzeń?

– Tak. Może to banał, ale od dziecka chciałam być aktorką i nią jestem. À propos marzeń o aktorstwie, pamiętam, jak prof. Halina Świderska próbowała nas zniechęcić do zawodu, mówiąc: „I po co wyście, dzieci, tu przyszli? Przecież jest tyle zawodów na „a”. A to krawcowa, a to fryzjerka…” (śmiech). Ja pozostałam niezrażona i wierna wybranemu już przed laty „a”. Tym bardziej że na egzaminie wstępnym coś jednak we mnie zobaczyli, chociaż – patrząc na obecne wymagania wobec kandydatów do szkoły teatralnej – myślę, że dziś bym się nie dostała. Przykre, że z mojego roku tylko kilka osób pracuje dziś w zawodzie.

Powiedziała pani, że teraz zaczął się okres ról charakterystycznych. Lubi pani przemianę fizyczną związaną z aktorstwem?

– Bardzo. Oczywiście najfajniej jest, gdy wcielenie wymaga całkowitej metamorfozy – w sferze cielesnej i psychologicznej, ale możliwość częstej zmiany wizerunku na potrzeby różnych ról bardzo mi odpowiada. Już w dzieciństwie lubiłam się przebierać, a teraz mam to na co dzień. Peruki, kostiumy, charakteryzacja to dla mnie niezwykle pociągająca część zawodu i spełnienie dziewczęcych pragnień.

Przez kilka lat występowałam w autorskim programie telewizyjnym „Komiczny Odcinek Cykliczny” Grzegorza Wasowskiego i Sławomira Szczęśniaka, w którym odgrywaliśmy mnóstwo rólek. W ciągu trzech dni nagrań mieliśmy do zagrania 8–9 postaci. Wyobraża sobie pani, jaka to frajda? A co najważniejsze, moim zadaniem jest nie tyle przebrać się nie do poznania, ale stać się kimś innym na potrzeby roli. Jeśli więc mogę się bezkarnie przebierać, świetnie się przy tym bawić i jeszcze mi za to płacą, czy może być lepsza praca?

Co jest największą siłą uprawianego zawodu?

– Ludzie. Na swej zawodowej ścieżce spotkałam mnóstwo wspaniałych osób – twórczych, dowcipnych, mądrych i życzliwych. To nie tylko aktorzy, ale ludzie, który odpowiadają za nasz wizerunek, scenografię – słowem artyści, których pamiętam z Dziekanki. W tym kotle sztuki są ludzie, którzy naprawdę się lubią. Naturalnie czasem się kłócimy, ale zwykle to portale plotkarskie kreują sensacje, żeby było o czym pisać. Tak naprawdę jesteśmy środowiskiem ludzi otwartych i tolerancyjnych, którzy mają za sobą wiele postaci, a to wiele uczy. Każda rola jest nowym, cennym doświadczeniem, swego rodzaju kolejnym życiem, które nas ubogaca.

Trudno jest stać się kimś innym na zawołanie?

– Przed premierą często można zobaczyć, jak idę ulicą i gadam do siebie pod nosem. Na szczęście w dzisiejszych czasach można pomyśleć, że rozmawiam przez telefon ze słuchawką w uchu. Prawda jest taka, że ćwiczę rolę. Często po którymś z kolei powtórzeniu tekstu odkrywam coś zupełnie nowego o postaci, którą gram, i sama jestem tym zaskoczona. Dlatego ta praca – mimo pewnej powtarzalności – nigdy mi się nie nudzi.

Jakie ma pani marzenia na tym etapie kariery?

– Uwielbiam role kostiumowe, a niewiele miałam okazji, żeby je grać, więc moje zawodowe marzenia idą w tym kierunku. Występując w „Słudze dwóch panów”, byłam w swoim żywiole – nie dość, że rola kostiumowa, to jeszcze grałam kobietę przebraną za faceta. Teraz w „Ciotce Karola” gram tytułową postać w pięknym kostiumie i sprawia mi to dużo przyjemności. Na studiach miałam fantastyczną prof. Wandę Szczukę, która wykładała przedmiot formy i style, a poza szkołą teatralną była m.in. konsultantką Romana Polańskiego przy filmie „Piraci”.

Uwielbiałam jej zajęcia, które dotyczyły savoir vivre’u, ale w dużej mierze w ujęciu historycznym. Były niezwykle ciekawe, a przy tym przydatne, żeby znać realia epoki, wiedzieć, jakie kostiumy noszono w danym okresie, umieć w nich chodzić, siadać, trzymać postawę. Szpilki, gorset, kapelusz wymuszają na ciele szereg reguł – noszenie stroju zobowiązuje do określonych zachowań. Niestety w dzisiejszych czasach brakuje pewnych reguł obyczajowych, nastąpiło poluzowanie norm, a szkoda, bo etykieta powinna obowiązywać.

Wracając do zawodu, łatwiej jest pracować na żywo, czy przed kamerą, mając możliwość powtórki?

– Jak mówi tytuł sztuki, w której debiutowałam u boku Andrzeja Kopiczyńskiego i Pawła Wawrzeckiego, wszystko jest względne. Może teatr jest dla aktora bezpieczniejszy? W serialu jest podobnie, bo to, co mamy do zagrania, jest na ekranie, natomiast nad materiałem filmowym aktor nie ma kontroli – nigdy nie wie, jaki fragment jego pracy trafi na ekrany po ostatecznym montażu. Władzę nad rolą ma reżyser, a aktor – chcąc nie chcąc – musi się oddać w jego ręce.

Na scenie i w serialu prowadzimy rolę od początku do końca i tylko od nas zależy, co pokażemy widzowi. Z kolei na żywo żadna rola nie jest zagrana zawsze tak samo. W zawód aktora wpisana jest nieprzewidywalność. Cieszę się, że miałam okazję spróbować pracy w teatrze, w serialu, w filmie – mimo że takich ról miałam niewiele, w dubbingu, w radiu, a nawet na estradzie. Mało tego, odkąd w Internecie ktoś napisał w moim biogramie „aktorka, piosenkarka”, jestem też piosenkarką – niestety tylko w teorii (śmiech).

Wszystko przed panią.

– Piosenkarką już raczej nie zostanę, ale chciałabym wszystkie role grać śpiewająco.

Aktorzy coraz częściej nagrywają własne płyty. Pani o tym nie myśli?

– Nie, ja jestem na etapie dostawania płyt od kolegów po fachu. Ostatnio zostałam posiadaczką pięknej płyty Pawła Domagały i równie pięknego albumu z kolędami w wykonaniu Stasi Celińskiej. Kuszące jest połączenie mojego zawodu z pracą piosenkarki czy pisarki, ale na razie pozostanę przy roli słuchacza i czytelnika.

Udział w programie typu „Taniec z gwiazdami”, „Jak oni śpiewają”, „Twoja twarz brzmi znajomo” byłby dla pani interesujący?

– Bardzo lubię te programy, szczególnie „Taniec z gwiazdami”, w którym śledzę wprost niebywałe postępy moich kolegów. Przemiana, jaką przechodzą, jest dla mnie fascynująca, ale sama nie podołałabym temu zadaniu – ze względu na obowiązki domowe i zobowiązania zawodowe, ale też z racji wieku. Przypływ adrenaliny mógłby mnie przyprawić o zawał. Takie programy są dobre dla młodych.

Jak najchętniej pani wypoczywa?

– Czy ja w ogóle wypoczywam? (śmiech). Bardzo miłym prezentem był voucher do spa od kolegów z teatru, którzy w tym roku urządzili mi na 50. urodziny surprise party. Niestety już dwa razy przekładałam termin i do tej pory nie było mi dane z niego skorzystać, ale myślę, że w styczniu uda mi się wygospodarować trzy dni, żeby wyjechać, bo to cudowne miejsce pod Bielsko-Białą, a ponieważ stamtąd pochodzę, to połączę relaks w spa z nadrabianiem towarzyskich zaległości. To będzie wymarzony i zasłużony wypoczynek. Latem najchętniej spędzam czas nad morzem – niedługo zakupię bilety i będę żyła wakacjami.

A na co dzień? Książka, film, aktywny wypoczynek?

– Wszystko po trochu, na ile czas pozwoli. Ostatnio miałam nieco więcej czasu dla siebie, więc pochodziłam na basen i obejrzałam „Wołyń”. To bardzo głęboki film, a przy tym doskonale wyważony. Jest zrobiony tak, że się na nim nie płacze, ale kiedy wychodzi się z kina, fala emocji długo nie pozostawia widza obojętnym. To obraz, o którym się myśli i który się przeżywa długo po zakończeniu. Wojtek Smarzowski tak mądrze to zrealizował, że nie ma w tym filmie miejsca na nienawiść do kogokolwiek. Myślę, że łatwo byłoby zrobić z tej historii wyciskacz łez, po obejrzeniu którego ma się ochotę pomordować wszystkich wkoło, ale to zupełnie nie ten przypadek. Dobrze, że w przypadku tego filmu udało się uniknąć ckliwości, choć filmy, na których się wzruszamy, też są potrzebne.

W święta zwykle jest więcej czasu dla siebie i bliskich. Spędza pani ten czas rodzinnie czy wyjazdowo?

– Od lat spędzam święta tradycyjnie – z choinką, opłatkiem i tymi samymi potrawami, z karpiem i kutią na czele. W Wigilię w ogóle nie przeszkadza mi to samo co roku menu.

Przygotowując potrawy, jest pani w swoim żywiole?

– Zupełnie nie. Kuchnia nigdy nie była moją mocną stroną. Na usprawiedliwienie powtarzam sobie, że nie po to zostałam aktorką, żeby siedzieć w garach. Murarz buduje domy, krawiec szyje ubrania… Wiem, że są aktorki, które doskonale odnajdują się w pracach domowych i z pasją realizują się w kuchni. Ja nie. Gotuję, bo muszę, czasami nawet chcę, ale przy okazji świąt robię sobie wolne od kulinariów, bo wiem, że inni zrobią to lepiej, zwłaszcza że mam kochane przyjaciółki, które zawsze pieką mi najpyszniejsze ciasta świata.

Jakie prezenty sprawiają pani najwięcej radości?

– Jestem o tyle niekłopotliwą osobą, że wolę dawać, niż dostawać, więc cieszy mnie cokolwiek. Przyjemniej jest obmyślać podarki dla innych. Sama nigdy nie mam specjalnych życzeń, zdaję się na kreatywność św. Mikołaja.

Fot. Tatiana Jachyra (3), TVN/Adam Pluciński/MOVE (1)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2022