Menu

Marek Kościkiewicz – Romantyczny rockman

Marek Kościkiewicz na brak talentu narzekać nie może. To spod jego ręki wyszły hity, które do dziś wzbudzają w wielu z nas duże emocje i przywołują liczne wspomnienia z nimi związane. Jego utwory są pełne uczuć, tak dobrze znanych każdemu z nas, i pewnie to jest kluczem muzyka do naszych serc.

Dlaczego jako nastoletni chłopak zacząłeś „gawędzić”?

Marek Kościkiewicz – Od dziecka kochałem muzykę. Rodzice też byli muzykalni i mieli magnetofon Tesla – to był na tamte czasy bardzo dobry sprzęt produkcji czechosłowackiej! Nagrywali na taśmy piosenki Piotra Szczepanika, Czerwonych Gitar i innych swoich ulubionych wykonawców. Ja też miałem w tamtym czasie swoich idoli. Pamiętam, jak byłem w podstawówce, zachwyciłem się płytą „The Dark Side of the Moon” grupy Pink Floyd.

W tamtym czasie zapisałem się do Pałacu Młodzieży na zajęcia plastyczne – lubiłem malować i rysować. Wygrałem nawet jeden z międzynarodowych konkursów plastycznych. Wychodząc kiedyś z pałacu, zauważyłem grupę młodzieży, która szykowała się do wyjazdu. To był właśnie zespół Gawęda, który wybierał się do Danii. W Polsce początku lat 70. XX w. nie jeździło się często za granicę, a jeżeli już to do krajów naszego wspólnego obozu socjalistycznego. O dalekich podróżach można było tylko pofantazjować. Jarek Szlagowski, późniejszy znakomity perkusista Oddziału Zamkniętego i Lady Pank, już wtedy należał do Gawędy i to on namówił mnie i mojego kuzyna, byśmy wstąpili do niej.

Przyjęto nas z otwartymi ramionami, ponieważ brakowało chłopców. I tak rozpoczęły się moja wspaniała przygoda i podróże, o których mogłem tylko marzyć. Odbyłem 17 wyjazdów zagranicznych – w tym dwukrotnie do USA i Kanady. Odwiedziliśmy też Skandynawię i niemalże wszystkie kraje socjalistyczne. Byłem nawet na Kubie, gdzie Gawęda została zaproszona na doroczny Festiwal Młodzieży. To były moje pierwsze kroki na scenie. Zaczęło mi się to bardzo podobać, i choć raczej jestem nieśmiały, to te pierwsze zespołowe występy dodały mi odwagi i pewności siebie.

Jesteś absolwentem ASP na wydziale wzornictwa przemysłowego. Skąd wziął się pomysł na ten kierunek studiów?

Marek Kościkiewicz – Jak wcześniej wspomniałem, interesowałem się sztukami plastycznymi, choć może nie do końca malarstwem i rzeźbą. Wybór padł na wzornictwo przemysłowe i była to decyzja bardzo przemyślana. To niezwykle ciekawy kierunek, łączący w sobie elementy technologii i sztuki. Nauczyłem się grafiki, materiałoznawstwa i ergonomii, zdobyłem umiejętność tworzenia rzeczy funkcjonalnych. Chciałem być konstruktorem i w perspektywie zdobyć fajny zawód. To była taka ciekowość świata.

Projektowałeś meble i wnętrza, okładki do książek, plakaty i logotypy. Co spowodowało, że poszedłeś w stronę muzyki?

Marek Kościkiewicz – Był taki czas, że projektowałem i robiłem meble. Wymyślaliśmy nowe formy i konstrukcje, dosyć nieszablonowe jak na lata 80. ubiegłego wieku! Później prowadziłem niewielką, ale oryginalną galerię, w której można było kupić własnoręczne wyroby moich przyjaciół. Ale muzyka zawsze była moją wielką pasją i bardzo mnie zajmowała. Jeszcze w czasach Gawędy kupowałem dużo płyt i je kolekcjonowałem. Amatorsko zacząłem grać na gitarze. Słuchałem wtedy wielu wykonawców, również jazzowych, i poznałem Piotra Kubiaczyka, któremu zaproponowałem wspólne granie. To właściwie był początek poważnego grania, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

 

Ale zanim to poważne granie się zaczęło, miałeś swój udział w promocji Oddziału Zamkniętego.

Marek Kościkiewicz – W domu kultury przy ul. Łowickiej poznałem Krzyśka Jaryczewskiego i jego kolegów, wśród których był już wspomniany przeze mnie Jarek Szlagowski. Krzysiek zrobił na mnie duże wrażenie, a zespół miał już na swoim koncie pierwszy teledysk, który został nakręcony na dachu budynku na Ursynowie! Zwrócili się do mnie, bym wymyślił im logo. To miało być bardzo nieskomplikowane – takie chlapnięcie pędzlem, ale przypominające znak Solidarności. W ten sposób powstał słynny znak Oddziału Zamkniętego. Później umieszczał on to logo na każdej sztrajfie reklamującej jego koncerty, a zwieńczeniem wszystkiego stała się pierwsza płyta, na której pojawiło się to „moje” logo.

Wróćmy jednak jeszcze do początków, tym razem De Mono…

Marek Kościkiewicz – Na początku było Mono. W zespole oprócz Piotra Kubiaczyka pojawił się jeszcze Darek Krupicz. Graliśmy totalnie amatorsko. Pod tą nazwą daliśmy pierwszy koncert w domu kultury na Saskiej Kępie. Później dołączył do nas gitarzysta Jacek Perkowski i zaproponował wokalistę – Andrzeja Krzywego. Wkrótce powiększyliśmy się o saksofonistę Roberta Chojnackiego. W studiu Waltera Chełstowskiego dokonaliśmy pierwszych nagrań: „P-jak pieniądze” i „Otoczony”. Chełstowski również doradził, by odejść od nazwy Mono, i tak narodziła się grupa De Mono. Nasze pierwsze nagrania zostały zaprezentowane w Rozgłośni Harcerskiej, a później na Łowickiej zaczęliśmy kompletować materiał na pierwsza płytę.

Od kilku jednak lat jakieś demony zawisły nad De Mono… ami?

Marek Kościkiewicz – Tak. Obecnie na rynku występują dwa zespoły o tej samej nazwie. To jest bardzo trudna sytuacja, która utrzymuje się od prawie 10 lat. Ja z zespołu nigdy nie odszedłem. Na początku sam go finansowałem, przeznaczyłem część swoich pieniędzy na zakup sprzętu. Nie myślałem jeszcze wówczas o zawodowym graniu. Ale po nagraniu pierwszej płyty, która okazała się sukcesem, podzieliłem się tantiemami, choć to ja tworzyłem muzykę i teksty.

Tak jak w rodzinie bywają kryzysy, u nas też one się zdarzały. Pierwszy dopadł nas w roku 1991 po prawie dwumiesięcznym pobycie w Stanach Zjednoczonych. Jak pamiętasz, wiele działo się w moim domu, gdzie było też studio. Przewijało się mnóstwo muzyków, odbywały się nieustanne próby, także innych zespołów. Było dużo imprez i jeszcze więcej hałasu. To bardzo zaważyło na moim pierwszym małżeństwie, które w końcu się rozpadło. Wtedy prowadziłem firmę wydawniczo-producencką ZIG-ZAC. Czasami to wszystko było ponad moje siły. Później nadszedł rok 1996 i moje poważne kłopoty z kręgosłupem. Przeszedłem operację, po której nastąpiła długa rehabilitacja. Nie mogłem grać w zespole. Może wtedy należało zawiesić działalność grupy? Ale ja tego nie zrobiłem.

I to był bardzo duży błąd?

Marek Kościkiewicz – Tak, teraz po latach widzę, że ogromny. Zgodziłem się, by zespół koncertował bez mojego udziału. Byliśmy bardzo popularni, nie chciałem chłopakom zabierać przyjemności i pieniędzy. Stworzyłem w tym czasie muzykę i teksty do dwóch kolejnych płyt – „Play” i „De Luxe”. Ale gdy w 2002 r. podczas festiwalu w Opolu świętowaliśmy piętnastolecie zespołu, Andrzej Krzywy wyraźnie dał mi wtedy odczuć, że jestem niepotrzebny. Z czasem razem z Piotrkiem odsunęli od działalności zespołu Darka Krupicza i Robert Chojnackiego. A więc prawie cały trzon grupy. Poczułem, że dzieje się coś niedobrego, i zrozumiałem, że chcą przejąć markę De Mono. Podejmowane przeze mnie próby porozumienia się z Andrzejem Krzywym i Piotrem Kubiaczykiem spełzły na niczym.

Czyli jatka?

Marek Kościkiewicz – Mocno to ująłeś, ale w tej sytuacji to najwłaściwsze słowo. Sprawa znalazła się w sądzie i nie wiem, czy znajdzie rychłe zakończenie. Nigdy nie kwestionowałem praw reszty kolegów do nazwy, chociaż jestem autorem 70 proc. muzyki i 100 proc. tekstów, w tym największych przebojów grupy, stworzyłem też jej logotyp. Teraz dochodzi do trudnych i niepotrzebnych sytuacji. Uważam, że tracą na tym wszyscy. Jest to wyniszczające dla obu stron i dzieje się ze szkodą dla De Mono. Doceniam wkład Andrzeja, ale to nie on założył ten zespół i tworzył repertuar, czy decydował o promocji. Nie chcę dalej brnąć w tę sprawę, może jeszcze przyjdzie czas na opamiętanie, bo jeśli nie dojdzie do porozumienia, to pozostanie tylko smutek…

W branży masz opinię wrażliwego, życzliwego i zgodnego człowieka. Czy ty jesteś rock&rollowym romantykiem czy romantycznym rockmanem ?

Marek Kościkiewicz – Fajnie, że mnie o to zapytałeś. Tak jak ja znasz ten muzyczny świat, i chyba przyznasz mi rację, że wielu – wydawałoby się – mocnych i twardych rockmanów to delikatni i wrażliwi ludzie, kariera których jakże często kończyła się tragicznie. Ja uważam, że pisanie tekstów, tworzenie muzyki powinno być spontaniczne, ale oparte na własnych przeżyciach i emocjach. Jeśli ma być prawdziwe, musi dotykać nas, naszego życia. Wtedy ma to większą siłę rażenia. Mnie w moich utworach najbardziej interesują relacje między kobietą a mężczyzną. Te piosenki są najbardziej charakterystyczne dla mojej twórczości, choć podejmuję też inne tematy. Może jestem idealistą, ale często odwołuję się do sumienia, przyjaźni i pamięci. Mój typ tak ma.

Życiowa porażka…

Marek Kościkiewicz – Jest wtedy, kiedy zawiodą cię najbliżsi. I to mnie spotkało w drugim związku, a zwłaszcza po rozstaniu, kiedy odsądzano mnie w plotkarskich tabloidach od czci i wiary, wylano kubeł pomyj, pisano na mój temat wiele przykrych i nieprawdziwych rzeczy. Nie poszedłem jednak na wojnę, nie chcąc robić więcej sensacji i dyskutować na tym poziomie. Wiem, że moim zachowaniem i pracą pokazuję swój prawdziwy wizerunek. Obecny konflikt z De Mono w tle też uważam za wielką porażkę, choć z drugiej strony…

Chcesz powiedzieć, że De Mono to twój największy sukces?

Marek Kościkiewicz – To jest paradoks, ale tak uważam. Stworzyliśmy wspólną bandę, która świetnie się rozumiała, choć każdy z chłopaków był z innego świata. Oprócz Roberta Chojnackiego, który ukończył szkołę muzyczną, byliśmy samoukami. Siłą zespołu były teksty i muzyka. Niosła nas energia i radość tworzenia. A wiary w to, co robiliśmy, dodawała nam publiczność, bez której przecież żaden artysta nie istnieje.

 Zespoły disco polo też mają swoją publiczność. Zaczynam się obawiać…

Marek Kościkiewicz – …chyba wiem czego i dobrze, że ten temat poruszyłeś. Muzyka ma wiele kierunków, rodzajów i odcieni. Każdy zapewne coś dla siebie znajdzie, nie mam nic przeciwko wielbicielom disco polo. Ja tej muzyki nie słucham, bo po prostu mi się nie podoba. Problem leży w promocji tego gatunku. Jest go coraz więcej i w TV, i w stacjach radiowych za wyjątkiem Polskiego Radia. Obawiam się, że z czasem ten rodzaj muzyki wyprze inne, na pewno bardziej ambitne kierunki. Wtedy młodzi ludzie będą skazani na disco polo i ich edukacja od tego będzie się zaczynać.

Wytworzyła się pewna „dziura” pomiędzy disco polo a muzyką alternatywną. Kiedyś z powodzeniem tę pustkę wypełniał pop, ale jak zauważyłeś, tego w dobrym wydaniu jest coraz mniej. Na Zachodzie mamy wielkie kariery gwiazd pop. Rozrasta się dzięki nim przemysł muzyczny, który staje się nie tylko częścią kultury, lecz także ważną gałęzią przemysłu. Rodzą się coraz nowsze indywidualności i grupy. Tam się to docenia, co widać w czasie rozdawania prestiżowych nagród, kiedy obok siebie na scenie pojawiają się alternatywni wykonawcy. U nas nie ma takiego dopływu nowych artystów, najczęściej widzimy te same twarze, i obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, to „Przez twe oczy zielone” utoniemy w nijakości muzycznej.

Twoi ulubieni zagraniczni wykonawcy?

Marek Kościkiewicz – Sting, Lenny Kravitz, John Legend, Ed Sheeran, Adele, John Mayer, Pharrell Williams, U-2, Manic Street Preachers, Coldplay, One Republic, Arcade Fire i cała masa wykonawców z lat 80. i 90.

A ulubieni polscy?

Marek Kościkiewicz – Maanam Marka Jackowskiego, Lech Janerka i jego Klaus Mithoff, Oddział Zamknięty, Edyta Bartosiewicz, Dawid Podsiadło, Monika Brodka i jej płyta „Granda”, Maria Peszek, chociaż bywa kontrowersyjna, Kayah.

Jakie wartości najbardziej cenisz?

Marek Kościkiewicz – Szczerość, uczciwość i zaangażowanie w pracę dla innych. Przeraża mnie, że świat idzie w kierunku bezrefleksyjnej chciwości i taniej sztampy. Właśnie promocja disco polo i celebrytów dopełnia obrazu, który po prostu jest frustrujący. O wartości naszego życia nie powinien decydować fakt posiadania czy chwilowa moda, ale siła mądrości, talentu i pracy, której wynikiem jest oryginalne dzieło.

Dziękuję za rozmowę.

 Rozmawiał Sławek Drygalski

Fot. Maciej Cioch

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020