Menu
Mateusz Kusznierewicz

MATEUSZ KUSZNIEREWICZ – Wszystko zaczyna się od marzeń

Niejednokrotnie stawał na podium i z dumą przyjmował medal. Mimo upływu lat jest aktywnym sportowcem i aktualnym mistrzem świata. Umie cieszyć się z wygranej, ale również wyciągać wnioski z porażek. Równolegle angażuje się w projekty biznesowe i społeczne. Doskonale wie, jak smakuje sukces, a swoją wiedzą i doświadczeniem dzieli się z innymi, szkoląc kolejne pokolenia żeglarzy. Choć w jego życiu nie ma miejsca na nudę, wie, co jest najważniejsze i nie zatraca się w pracy. Dobry plan musi uwzględniać czas dla rodziny i na odpoczynek. I strategię spełniania kolejnych marzeń.

Pańska przygoda z żeglarstwem zaczęła się w dzieciństwie, mimo że w rodzinie nie było tradycji sportowych. Skąd zatem taka droga?

Mateusz Kusznierewicz − Dziś mieszkam w Trójmieście, ale urodziłem i wychowałem się w Warszawie. Rodzice od małego poszerzali moje horyzonty. Stale proponowali mi udział w różnych zajęciach: gimnastycznych, plastycznych, lekkoatletycznych. Tata woził mnie na basen do Pałacu Kultury i Nauki. Chodziłem na modelarstwo, próbowałem harcerstwa. Tych zajęć dodatkowych – w szkole, w domu kultury, w innych instytucjach – było bardzo wiele. Rozwijałem się w wielu kierunkach i patrząc z perspektywy, szukałem swojego talentu, sprawdzałem, do czego mam smykałkę. W pewnym momencie pojawiło się żeglarstwo.  Gdy mama wynalazła dwutygodniowy obóz żeglarski nad Zalewem Zegrzyńskim, chętnie przystałem na ten pomysł i postanowiłem spróbować czegoś nowego. Tak mi się spodobało, że poprosiłem rodziców, żeby zapisali mnie na zajęcia do klubu żeglarskiego. Złapałem bakcyla, mimo że na początku nie odnosiłem żadnych sukcesów.

Bardzo doceniam, że moi rodzice nie usiłowali zrobić ze mnie mistrza – ani w żeglarstwie, ani w żadnej innej dziedzinie, którą mi podsuwali, żebym sprawdził, w czym najlepiej się odnajduję. Wszystkie mądre głowy i wszelkie prawidła zgodnie wskazują, że najpierw należy wszechstronnie przygotować dziecko do tego, aby zostało mistrzem w konkretnej dyscyplinie. Jestem najlepszym przykładem słuszności tej teorii.

Czy ten wzór rodzicielstwa jest panu bliski, gdy sam jest pan ojcem?

Mateusz Kusznierewicz − Tak. Są różne koncepcje i modele wychowawcze. Są rodzice z założenia bierni, są bardzo aktywni, są też tacy, którzy należą do „klubu oszalałych rodziców”. Wynika to z tego, że różnie rozumieją swoją rolę i pomoc dzieciom. Ja sam jestem ojcem dwojga dzieci. Natasza jest uzdolniona artystycznie, Maks ma predyspozycje techniczne, ciągle majstruje przy kostce Rubika, składa modele, ale oboje lubią sport. Widzimy, jak są różni i pomagamy im rozwijać te talenty. Zachęcamy, wspieramy w chwilach słabości, ale nie zmuszamy i nie narzucamy niczego na siłę.

Pierwsze sukcesy, w dodatku międzynarodowe, osiągnął pan w bardzo młodym wieku. Co prowadzi na podium: determinacja, zapał, intensywna praca czy raczej talent, który nie każdemu jest dany?

Mateusz Kusznierewicz − Tak naprawdę wszystko to po trosze i dużo więcej. Wszystko zaczyna się od marzenia. Jeżeli mamy pomysł i dość chęci oraz odwagi, przekuwamy go w plan. Kiedy miałem jakieś 17 lat, obejrzałem Igrzyska Olimpijskie i jako młody żeglarz chłonąłem wszystkie wyścigi. Marzyło mi się, żeby móc kiedyś uczestniczyć w tak wspaniałym wydarzeniu i stać się częścią tego świata wielkiego sportu. Z tą myślą zasypiałem i budziłem się każdego dnia, kombinując, co można zrobić, żeby spełnić to pragnienie. Ważne, żeby nosić to marzenie w sercu, żeby wypływało ono z nas, a nie było realizowane pod wpływem presji otoczenia. Potem zostaje systematyczna praca i determinacja. Na szczyt prowadzą codzienne treningi, na które zawsze przychodziłem przed czasem i często zostawałem dłużej niż inni.

Tych elementów, które składają się na sukces, jest ponad sto. I żadnego z nich nie można zaniedbać. Prawdą jest, że w sporcie liczy się ciężka praca, ale w harmonogramie dnia nie może zabraknąć czasu na odpoczynek – sen jest zbawienny, jeśli zależy nam na optymalnej regeneracji po intensywnych treningach. Ważne jest też odpowiednie odżywianie oraz odcięcie od social mediów na czas relaksu, żeby odciążyć głowę od tego, co nas rozprasza. Upragniony wynik zależy od wielu czynników, które trzeba rozpoznać, przeanalizować i właściwie wyważyć.

Mateusz Kusznierewicz

Co było najbardziej pociągające na tym wczesnym etapie żeglarskich doświadczeń i przekonało pana, że to jest to?

Mateusz Kusznierewicz − Podróże. Kiedy wyjeżdżaliśmy na regaty, często już w piątek miałem zwolnienie z lekcji, co naturalnie mnie cieszyło. Ale największą frajdą było to, że dzięki zawodom i obozom mogłem bywać w tak wielu miejscach: od Gdyni, przez Rybnik, po Giżycko. Pamiętajmy, że to były lata 80., okres komuny – dziś dzieci są znudzone nawet podróżami do Hiszpanii, ale wtedy to było coś niebywałego. W późniejszych latach, gdy byłem już utytułowanym zawodnikiem, zacząłem jeździć po Europie. Najpierw zachwyciła mnie Szwecja, potem inne kraje. Od dziecka sport wiązał się dla mnie z podróżami − poznawaniem świata i ciekawych ludzi. Te kontakty do dziś mają dla mnie ogromną wartość.

Z czasem postrzeganie sedna żeglarstwa zapewne się zmieniło?

Mateusz Kusznierewicz − Bardzo lubię rywalizację w sporcie. Dla mnie niezwykle ważny jest cel i sprawdzian tego, czego dokonałem na treningach, w ostatecznej rozgrywce. Uwielbiam mierzyć się z innymi zawodnikami, rywalizacja mnie motywuje. Kiedy nie chce mi się iść na siłownię, zadaję sobie pytanie, co robią moi przeciwnicy, a ponieważ zwykle odpowiedź w mojej głowie brzmi „Pewnie są na siłowni”, znajduję w sobie siłę i ruszam ćwiczyć.

Jednak podróże cały czas są dla mnie pociągające i stanowią pozytywną stronę żeglarstwa. Gdy teraz rozmawiamy, jestem jako trener na Mistrzostwach Europy w Portugalii. Przed chwilą byłem na zawodach w Stanach Zjednoczonych. Wkrótce wybieram się na Igrzyska do Japonii. Mimo że będąc z dala od Trójmiasta, tęsknię za domem i rodziną, to podróże za każdym razem są dla mnie fantastycznym doświadczeniem, za które jestem wdzięczny. Pielęgnowanie wdzięczności jest w życiu bardzo ważne, nawet za najmniejsze rzeczy, które cieszą. A mnie podróże niezmiennie bardzo cieszą.

Czy wygrana jest dla sportowca dobrą motywacją?

Mateusz Kusznierewicz − Tak, ale pod warunkiem że podchodzimy do niej z umiarem i z dystansem. Z tyłu głowy nieustannie trzeba mieć świadomość, że nie zawsze będziemy wygrywać. Nauczyłem się, że wszystkie moje wygrane są wynikiem wielu porażek, których doświadczyłem na różnych etapach kariery. Takie powinno być clue prawidłowego myślenia każdego sportowca. Oczywiście trzeba dążyć do zwycięstwa, ale jeśli się nie uda, nie ma co się załamywać ani poddawać. To czas na analizę i wyciągnięcie wniosków. Po każdym niepowodzeniu trzeba się zastanowić, jak uniknąć tych samych błędów i co następnym razem można zrobić lepiej. Jasne, że uwielbiam wygrywać, kto nie lubi? Ale po każdej porażce szybko przełykam smak goryczy, odkładam na bok emocje i włączam racjonalne myślenie. To równie dobra motywacja, by przystąpić do wytężonej pracy.

Czy zwycięstwo w młodości i po latach, z wieloma medalami w portfolio, smakuje tak samo?

Mateusz Kusznierewicz − Pierwsze zwycięstwo, jak wszystko co nowe, jest niezapomniane. Emocje, jakie mu towarzyszą, przenoszą nas na inną planetę. Ale każde kolejne jest inne, a przez to równie fantastyczne. Z natury cieszę się życiem. W każdej sytuacji − zarówno w sferze zawodowej, jak i w życiu prywatnym − najważniejsze jest dla mnie robić fajne rzeczy z ciekawymi ludźmi. Mam już trochę zwycięstw na swoim koncie i żadnego nie umniejszam. W tym roku wygrałem regaty w Stanach i cieszyłem się jak dziecko, równie mocno jak 20 lat temu. Może właśnie dlatego, że nie sądziłem, że w wieku 46 lat stać mnie na taki poziom i zwycięstwo w spektakularnym stylu. Nie mam dość rywalizacji i każda wygrana jest dla mnie powodem do radości, a znam sportowców, którzy po latach nie mają już w sobie tego entuzjazmu.

Mateusz Kusznierewicz

Jaka jest dziś pańska definicja sukcesu, po tylu zdobytych mistrzostwach, a ostatnio również osiągnięciach w sferze biznesu?

Mateusz Kusznierewicz − Sukces rozważam w dwóch obszarach. Po pierwsze wiążę go z osiągnięciem celu, który przed sobą stawiam. Drugi filar sukcesu to − najprościej mówiąc − kontynuacja, czyli utrzymywany wysoki poziom, dzięki któremu nie poprzestajemy na jednorazowym zwycięstwie. Pierwsze Mistrzostwo Świata zdobyłem w 1998 roku, a dziś jestem aktualnym mistrzem świata − siłą rzeczy w innej klasie, ale to, że przez tyle lat potrafię dosięgnąć tak wysoko ustawionej poprzeczki jest moim osobistym sukcesem. Okazuje się, że wybór dyscypliny był w moim przypadku trafiony, bo żeglarstwo można uprawiać przez długie lata, praktycznie bez limitu. To, że znalazłem zajęcie, które jest moim sposobem na życie i źródłem zarobku, a zarazem sprawia, że budzę się z uśmiechem i niecierpliwością, żeby przekonać się, co mnie czeka, jest nie do przecenienia.

Próbował pan swoich sił solo i w zespole. W którym przypadku emocje i satysfakcja z wygranej są silniejsze?

Mateusz Kusznierewicz − Chyba bardziej cieszy mnie wygrana w zespole niż indywidualna. Wtedy z chwilą przekroczenia mety, gdy wie się o zwycięstwie, od razu można dzielić radość z drugą osobą i widzieć odbicie własnych emocji na jej twarzy. To bezcenne. Za indywidualnym sukcesem przemawia z kolei świadomość, że to wyłącznie ja jestem jego autorem, ale jestem jednak zwierzęciem stadnym i wolę mieć kogoś u boku.

Od pewnego czasu łączy pan wyzwania sportowca z obowiązkami trenera. Jaką wiedzę – poza techniką – stara się pan przekazać młodym zawodnikom, swoim potencjalnym następcom, dla których jest pan mentorem?

Mateusz Kusznierewicz − To temat rzeka, ale zasadniczo dzielę się z młodymi sportowcami swoimi doświadczeniami i obserwacjami, które dla mnie były cenne. W pracy trenera z zawodnikami wszystko zaczyna się od śniadania, bo gdy zejdziemy na wodę, nie ma czasu na rozmowy i analizy. To już etap, kiedy trzeba działać, a wcześniej potrzebny jest plan. To, co osiągniemy podczas regat, w dużej mierze jest wynikiem wcześniejszej strategii. Staram się wdrażać metodę piramidy sukcesu, której silną podstawą są takie elementy, jak zdrowie, rodzina, odpoczynek, hobby, właściwa dieta. Tworzą one stabilny fundament do budowania tego, co chcemy osiągnąć. Na wyższych poziomach piramidy są takie elementy, jak koncentracja, rozwój osobisty, dobra komunikacja, motywacje. Nad tym wszystkim trzeba pracować równolegle, a jest tego sporo.

Moja praca trenera polega na tym, żeby dbać o pozytywne nastawienie zawodników, ich samopoczucie i regenerację. Dzięki temu, że ja myślę o zapasach wody, zakupach, prognozie pogody i sprawach organizacyjnych, oni mogą skupić się na formie i wygranej. To, że mój zawodnik prowadzi regaty, nie jest przypadkiem, lecz wynikiem odpowiedniej taktyki. Rola mentora sprowadza się w dużej mierze do dobrego planu.

Jak ważny obok psychologicznych aspektów przygotowań do zawodów i wygranej jest sprzęt? Czy inwestycja w łódź z najwyższej półki się opłaca?

Mateusz Kusznierewicz − Żeglarstwo jest bardzo technologicznym sportem i wciąż trwa wyścig na polu nowinek. Nieustannie myślimy o nowych łodziach, żaglach, elementach wyposażenia. Trzeba się mocno natrudzić, żeby znaleźć swoją przewagę nad konkurencją, i włożyć dużo pracy, żeby mieć optymalny sprzęt odpowiadający naszym potrzebom. Nie mam już mojej pierwszej łódki Optimist, zwanej Cebulą, bo takie miałem przezwisko na pierwszym obozie żeglarskim, ale darzę ją dużym sentymentem. Dziś żeglują na niej pewnie kolejne pokolenia. Mam nadzieję, że po latach będą mieć równie miłe wspomnienia.

Sport, zwłaszcza na tak profesjonalnym poziomie, zapewne potrafi pochłonąć bez reszty. Jak ważna jest równowaga między pasją, pracą a życiem prywatnym?

Mateusz Kusznierewicz − Ta równowaga jest kluczowa. Nauczyłem się zachowywać właściwy balans, bo wcześniej wielokrotnie popełniałem błędy i wiem, że bez tego ani rusz. Podstawą jest dla mnie sen. Po ciężkim dniu muszę się przespać – znam swój organizm i wiem, że wystarcza nawet pół godziny – byle w wygodnym łóżku, na porządnym materacu, w dobrej pościeli. Wtedy następnego dnia mogę przenosić góry. Niezwykle cenny jest dla mnie czas z rodziną, dlatego tak układam plan dnia, aby w miarę możliwości móc zjeść wspólne śniadanie, odprowadzić dzieci do szkoły, wyjść z żoną w tygodniu choćby na krótką randkę.

Jednocześnie staram się znajdować równowagę w pracy – między sportem a biznesem, bo obie te sfery są mi bliskie i staram się je rozwijać równolegle. Do tej pory udaje mi się to godzić. Bardzo pomagają mi spotkania sam na sam ze sobą, które praktykuję raz w tygodniu. Wtedy pytam sam siebie, czy poświęcam dość czasu na sen, dla bliskich, na to, co najważniejsze.

Mateusz Kusznierewicz

Z tego, co pan mówi, wnioskuję, że wierzy pan w moc dobrego snu i został pan ambasadorem marki CUREM z pełnym przekonaniem.

Mateusz Kusznierewicz − Tak, rzeczywiście to nie przypadek, że połączyliśmy siły z marką CUREM. Głęboko wierzę, że jakość snu i właściwego wypoczynku przekłada się na efektywność w pracy i życiu prywatnym. Cieszę się, że odnaleźliśmy wspólny język z zespołem CUREM i mamy tożsame wartości. Podpisuję się pod produktem, który sprawdziłem i z przekonaniem polecam, bo został świetnie wymyślony, a wiem, o czym mówię, bo interesuję się nowymi technologiami. Konstruując materace CUREM, specjaliści w szwajcarskim laboratorium firmy dbają o zróżnicowany poziom twardości, odpowiedni przepływ powietrza w materacu. Dzięki właściwej wentylacji mam wrażenie, że śpię na świeżym powietrzu. Uważam, że inwestycja w materac z górnej półki to inwestycja w siebie, bo wydajemy pieniądze na swoje zdrowie i samopoczucie. Z myślą o dobrym samopoczuciu i wygodzie kupujemy dobre jedzenie, gatunkowe ubrania, luksusowe samochody itd. Materac powinien być na drugim miejscu tej listy, zaraz po właściwym odżywianiu. Spałem na różnych materacach i widzę różnicę.

Wspomniał pan o zainteresowaniu nowymi technologiami. Jak przekłada się ono na sferę biznesu i inwestycje w innowacyjne rozwiązania? Jakie projekty leżą w obszarze pańskich zainteresowań?

Mateusz Kusznierewicz − Zawsze interesowała mnie nowoczesna komunikacja, zwłaszcza w sponsoringu i marketingu sportowym. Ilekroć współpracuję z markami, skupiam się na ich odpowiedniej komunikacji i właściwej prezentacji promowanych produktów. W swoich doświadczeniach biznesowych również mam do czynienia z nowymi technologiami. Zrealizowałem kilka produktów, realizowanych w Chinach, m.in. ramkę na zdjęcia ZOOM.ME, do której zainspirowało mnie życie i własne potrzeby w zabieganych czasach. Dzięki temu produktowi rodzice mogą ekspresowo przesyłać dziadkom ze smartfonów zdjęcia swoich wnuków, które wyświetlają się bezpośrednio w ramce. Obecnie jestem zaangażowany w rozwój firmy Do Sport Now, która ułatwia odnalezienie dowolnych zajęć, zawodów i obiektów sportowych w swojej okolicy.

Cały czas chodzi mi po głowie jeszcze jeden projekt, na którym chcę skupić uwagę przez kolejne 20 lat swojej aktywności biznesowej. Wdrożę go w przyszłym roku, ale na razie nie zdradzę szczegółów. W przyszłym roku czeka mnie również dużo pracy w związku z organizacją Żeglarskiego Mundialu – globalnego wydarzenia, którego jestem dyrektorem zarządzającym – co wiąże się z pracą w Szwajcarii.

A plany sportowe?

Mateusz Kusznierewicz − W maju jadę na Mistrzostwa Świata w roli trenera. Później startuję w regatach Pucharu Świata w Szwajcarii, latem biorę udział w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio, a prosto z Japonii lecę do Norwegii jako uczestnik Mistrzostw Świata w łódce klasy 5,5. We wrześniu czekają mnie Mistrzostwa Świata w klasie Star w Niemczech. Przede mną dużo treningów i rywalizacji. Zdecydowanie nie narzekam na brak zajęć.

Jak wiele łączy sport z biznesem?

Mateusz Kusznierewicz − Wbrew pozorom te światy łączy ze sobą bardzo wiele. Te dziedziny mocno się przenikają i czerpią od siebie nawzajem. W sporcie przydaje się wiedza z zakresu zarządzania – budżetem i ludźmi, organizacji pracy, dobrej komunikacji, wdrażania nowych technologii. Z kolei w biznesie niezwykle ważne są takie czynniki, jak systematyczność pracy, utrzymywanie przewagi nad konkurencją oraz umiejętność radzenia sobie z emocjami – doświadczenie w rywalizacji jest w tych obszarach bardzo pomocne. Sportowcy mogliby też wiele nauczyć menedżerów, jeśli chodzi o pracę zespołową. Lider i trener mają ze sobą wiele wspólnego. Od pewnego czasu wprowadzam sport do biznesu. Uważam, że pracownicy są bardziej efektywni, gdy aktywność sportowa staje się ich codziennością.

Ostatni rok praktycznie dla każdego był trudny. Czy pandemia wpłynęła na pana codzienność i plany?

Mateusz Kusznierewicz − Tak, głównie w sferze sportowej, ponieważ odwołano wiele imprez, przeniesiono na ten rok Igrzyska Olimpijskie. Wiele się zmieniło, ale podszedłem do tego ze spokojem i zrozumieniem. Wiem, na czym polega aktualna sytuacja na świecie, więc nie pozostaje nic innego niż się przystosować do nowych reguł. Najgorsza jest niepewność i patrzenie w przyszłość przez mgłę. Trudno jest cokolwiek planować, a zwykle wiem, co będę robić, z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Co jest dla pana najlepszą odskocznią od pracy? Jeśli odpoczynek, to również na wodzie?

Mateusz Kusznierewicz − Nie mam dużo wolnego czasu, ale jeśli już mogę cieszyć się chwilą wytchnienia, to zawsze z rodziną. Dużo podróżujemy, ostatnio częściej po Polsce niż po świecie, lubimy chodzić po górach. Nie potrzebuję dodatkowego czasu na odpoczynek czy hobby, bo choć na regatach jest ciężko, to sport jest moją pasją i w ten sposób czerpię z życia przyjemność i ładuję akumulatory.

Jest pan zaangażowany w projekty społeczne, inicjatywy różnych fundacji. Czym się pan kieruje, wybierając z morza potrzeb te warte zaangażowania?

Mateusz Kusznierewicz − Sercem. Tu nie kieruję się rozumem. Porzucam racjonalne przesłanki i daję dojść do głosu emocjom. Czasem przypadkowe spotkanie z kimś, kto ma w sobie pozytywną energię i potrafi nią zarazić, owocuje wartościową współpracą w słusznej sprawie.

Zaczęliśmy rozmowę od marzeń małego Mateusza, które dały początek pańskim sukcesom. Jakie marzenia wciąż czekają na spełnienie?

Mateusz Kusznierewicz − Chciałbym właściwie przygotować i poprowadzić na podium młodych żeglarzy, który startują w Żeglarskim Mundialu. Prywatnie marzy mi się, żeby fajnie wychować dzieci, co rozumiem jako dawanie im wędki, a nie dóbr materialnych i gotowych rozwiązań, podanych na tacy. Zależy mi, żeby zaszczepić w nich chęć rozwijania własnych umiejętności oraz ciekawość świata.

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2021