Menu
Michał Ogórek

Michał Ogórek – Nie dałem się zjeść

Śląsk w okresie PRL-u nie dawał perspektyw, by rozwinąć skrzydła w zawodzie dziennikarza. Warto było zaryzykować i bez planu, wbrew przestrogom przenieść się do Warszawy, bo dziś nazwisko Ogórek jest znane wszem i wobec. Co więcej, było rozpoznawalne na długo przed tym, jak kandydatka na prezydenta w ostatnich wyborach zaistniała w mediach. Michał Ogórek nie tylko nie dał się w stolicy zjeść, ale na co dzień zaostrza apetyt czytelników na kąśliwe komentarze do codzienności, łatwiej strawnej w postaci żartu i ironii

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

Przyjeżdżając ze Śląska do Warszawy, od razu mierzył pan wysoko i miał wizję swojej kariery?

Michał Ogórek – Od najmłodszych lat chciałem być dziennikarzem. Chociaż jeszcze nie do końca wiedziałem, na czym to polega, już wtedy podobał mi się ten zawód. Wyjazd do Warszawy był trochę wymuszony. Nie miałem żadnych planów odnośnie tego, co się tu miało wydarzyć, zwłaszcza że na Śląsku, skąd pochodzę, panuje przekonanie, że nikt stamtąd kariery w Warszawie nie zrobi. Moje ciotki powtarzały: „Synek, gdzie ty tam będziesz jechał? Przecież tam cię zjedzą”, co było całkiem prawdopodobne z takim nazwiskiem. Ostatecznie się nie dałem.

Wprawdzie nikt nie wspierał mnie w mojej decyzji, ale sytuacja utwierdziła mnie w moim postanowieniu, bo w Katowicach perspektywy dla dziennikarzy były fatalne. W głębokim PRL-u właśnie Katowice były centrum najbardziej twardogłowej rzeczywistości i tępej propagandy. Nie było mowy o swobodzie dziennikarskiej. Wiem, że po studiach niektórzy moi koledzy jakoś się tam urządzili, ale tylko dzięki temu, że szukali ucieczki od głównego nurtu i zostali np. dziennikarzami sportowymi. Jednak nigdy nie jechałem do Warszawy jak do ziemi obiecanej. Stolica mnie nigdy nie zachwycała, zresztą do dziś jej nie polubiłem.

Oczywiście teraz Warszawa jest europejskim miastem, ale pamiętam ją jako zapyziałe miejsce, przywołujące na myśl gubernialne miasto na rubieżach imperium rosyjskiego.

Michał Ogórek – Dlatego zawsze irytowały mnie piosenki o miłości do Warszawy, śpiewane choćby przez Irenę Santor, której niejednokrotnie wypominałem ten propagandowy epizod ze śpiewaniem o „maleńkim znaku na mapie świata”. Nie mogę powiedzieć, że żałuję przeprowadzki, bo na pewno była to dobra decyzja, zresztą poznałem tu wielu ciekawych ludzi i wiele miejsc, ale nigdy nie zostałem patriotą warszawskim.

Zaczynał pan od reportaży w „Przeglądzie Technicznym”. To była dobra szkoła?

Michał Ogórek – Bardo dobra, bo dużo jeździłem wówczas po Polsce, a to dziś najbardziej omija młodych dziennikarzy. Teraz na wszystko patrzy się przez pryzmat wydatków i oszczędności, a za mojej młodości redakcje wypychały w teren. Dziennikarze wręcz się migali, bo bez przerwy trzeba było być w trasie. Dziś w redakcjach lubi się korespondentów na telefon, ale to nie to samo – reportaże robione świeżym okiem przez dziennikarzy z zewnątrz, którzy dopiero poznawali materie, o której pisali, były żywe, więcej wnosiły.

Ja to miałem aż w nadmiarze – jeździłem po zakładach pracy, odwiedzałem inżynierów i – chcąc nie chcąc – poznawałem różne regiony, w sumie bardziej chcąc, bo miałem poczucie, że poznaję kraj na własnej skórze, a nie z telewizji.

Michał Ogórek – Paradoksalnie „Przegląd Techniczny” nie kojarzy się z reportażem społecznym, a głównie tym się zajmował. Jak na ówczesne czasy mieliśmy dużą swobodę działania, a raczej pisania, było to swego rodzaju pismo opozycyjne – krytyczne wobec tego, co się działo. Jednak po pewnym czasie znudziła mi się przewidywalność mojej pracy, miałem wrażenie, że wiem, co mi powie kolejny dyrektor zakładu, co zastanę w kolejnym odwiedzanym miejscu.

Dlatego, wbrew ówczesnej modzie na długie, szczegółowe reportaże, w swoich tekstach poszedłem w stronę skrótu, wyrzucając wszelkie zbędne opisy. Postawiłem na lapidarność i wypracowałem mięsistą formę z morałem – coś na kształt moralitetu. Stąd było już całkiem blisko do felietonu. Okazało się, że bohaterowie nie są mi do niczego potrzebni (śmiech).

Zatem nie zdobył pan wiedzy technicznej, która procentuje do dziś w pracach domowych?

Michał Ogórek – Zupełnie nie. Zresztą w ogóle w „Przeglądzie” zgromadziło się mnóstwo świetnych reporterów, z których żaden nie miał pojęcia o technice, szczególnie że nie było to wymogiem. Pamiętam, że jak kiedyś na zebraniu redakcyjnym zepsuł się magnetofon, każdy bał się go dotknąć, co obrazuje poziom wiedzy technicznej zespołu (śmiech). Za to bezsprzecznie ludzie z zespołu mieli talent do pisania – tam pierwsze kroki stawiali Teresa Torańska czy Leszek Balcerowicz, więc chociaż niewiele wiem o naprawianiu sprzętów, to poznałem w redakcji wielu wspaniałych ludzi.

Wprawdzie tematyka, którą się pan zajmował, na to nie wskazuje, ale czy kiedykolwiek miał pan problemy z cenzurą?

Michał Ogórek – Pewne epizody miały miejsce, ale nie chciałbym robić z siebie kombatanta. To była cena, którą się płaciło za bycie dziennikarzem w tamtych czasach. Oczywiście były mniejsze i większe ingerencje, czasami zdejmowano mi tekst w całości, ale w zasadzie był to powód do chluby, bo jak już komuś zdjęli tekst, to musiał naprawdę walnąć… Były również przykre sytuacje, ale bez przesady. Pamiętam też dość ciekawy okres, kiedy redakcje ustawowo miały prawo znaczyć testy nawiasami w miejscach ingerencji.

Większość tytułów prasowych, zwłaszcza partyjnych, zrzekła się tego przywileju – tak na wszelki wypadek, ale np. prasa katolicka teksty znaczyła, co było dla czytelnika dodatkowym smaczkiem. Do tej pory mam w swoim archiwum kilka artykułów z zaznaczonymi ingerencjami. A warto dodać, że na ogół były to teksty najbardziej komentowane, po publikacji których rozdzwaniały się telefony od czytelników, ciekawych, co było w oryginałach. To dość zabawne, zwłaszcza że te ingerencje często były zupełnie przypadkowe – sam nieraz zachodziłem w głowę, dlaczego czegoś nie puścili. Na pewno nie było to coś, co wspominam boleśnie, raczej jako element przygody.

A w czasach wolności słowa, gdy zadomowił się pan w „Gazecie Wyborczej”, miał pan pełną swobodę? Wszystko przechodziło?

Michał Ogórek – Wszystko to nie, ale w ogromnej większości. Sam się dziwię, że dawano mi tyle swobody, a że jestem mało sterowalnym człowiekiem, wykłócam się o każde słowo, gdy przychodzi do negocjacji. Po pierwsze, pracuję nad tekstami, żeby wyglądały tak a nie inaczej, a po drugie, zmiany zawsze są dla autora irytujące. W „Gazecie” ingerencje sprowadzały się zwykle do publikacji w innym terminie ze względu na kontekst bieżących wydarzeń.

Zawsze miałem największego obrońcę w Adamie Michniku i żałowałem, ilekroć go nie było w redakcji, a to akurat nie jest rzadkością. Gdy dochodziło do etapu, kiedy on decydował o losie mojego tekstu, padało: „Puszczać”. Mawiał przy tym, że nie chce przejść do historii jako ktoś, kto cenzurował ogórka (śmiech).

Michał Ogórek – Pomagało mi też, że miałem w redakcji swego rodzaju żółte papiery, a na pewno status wesołka, któremu wolno więcej niż innym, więc mogłem pisać rzeczy, pod którymi poważna gazeta publicystyczna – ortodoksyjna w swoich poglądach – by się nie podpisała.

Pokpiwałem sobie nawet z owej ortodoksyjności poglądów „GW”. O dziwo, te moje autoironiczne teksty zbierały zwykle najwięcej pochwał, jak wówczas gdy popełniłem kąśliwy tekst po tym, jak z „Gazetą” w ramach poprawy sprzedaży można było kupić jako gadżet nóż kuchenny. Sam bardzo lubiłem te kpiny w „Gazecie” o jej praktykach.

Gdzie leży granica, której felietonista i satyryk przekraczać nie powinni?

Michał Ogórek – Dla mnie to po prostu granice dobrego smaku, ale to akurat pojęcie względne. Mam zasadę, że jak coś mnie wkurzy, a wręcz wkurwi, to nie piszę od razu tekstu, bo wiem, że wtedy będę nazbyt agresywny, a dla czytelnika i jakości tekstu jest lepiej, gdy powstaje on z pozycji luzackiej. Z dystansu wciąż widzę nędzę albo komizm sytuacji, którą opisuję, ale robię to zupełnie innym językiem, z innymi emocjami.

Wtedy efekt jest o niebo lepszy, bo szyderstwo zawsze wygrywa z napastliwością. Po jakimś czasie autor sam wstydzi się takich pisanych na gorąco tekstów. To tak jak z uliczną awanturą, w którą – sprowokowani – dajemy się wciągnąć, a potem tego żałujemy. Felieton nie może przypominać pyskówki, polemika jest wartościowa, gdy mamy dystans do tematu. Oczywiście nie zawsze się to udaje.

Zdarzało się panu przesadnie reagować na zaistniałą sytuację i żałować tekstu?

Michał Ogórek – Oczywiście były takie teksty, chociaż trudno mi dzisiaj przypomnieć sobie konkrety. Z drugiej strony, zdarzało się, że musiałem napisać tekst na już, w 15 min. – i właśnie te felietony cieszyły się największą popularnością i były najbardziej komentowane. Jestem osobą, która potrafi się zmotywować, gdy trzeba. I chociaż mógłbym sobie wtedy odpuścić, bo w redakcji w takich sytuacjach przyjęliby wszystko, to zazwyczaj właśnie w te 10 min., pod presją powstają moje najlepsze teksty.

Wydaje się, że wśród absurdów codzienności – niezależnie od sytuacji politycznej – inspiracji nie brakuje. Trudniej o dobry temat czy o trafną puentę?

Michał Ogórek – Już tyle lat zajmuję się pisaniem felietonów, że często mam wrażenie powtarzalności tekstów, mimo zmiany rządów, realiów itd. Takie poczucie déjà vu – czy raczej déjà écrit – jest męczące, bo mam poczucie pewnej rutyny. Czuję się trochę prowadzony na smyczy przez polityków, którzy oczekują komentarza do konkretnego zajścia. Dlatego czasem z przekory, a czasem, żeby udowodnić, że nie jesteśmy uzależnieni od tego, co dzieje się na scenie politycznej, mówię „A figę! Właśnie że o tym nie napiszę”, i rezygnuję z nośnego tematu.

W czym tkwi fenomen PRL-u, do którego ludzie wracają z sentymentem, a najmłodsi zgłębiają z fascynacją? Jakie ma pan z perspektywy pierwsze skojarzenie z tym okresem?

Michał Ogórek – U mnie PRL splótł się z młodością, a oba te okresy wiążą się z brakiem odpowiedzialności za cokolwiek, bo o wszystkim decydowali za nas inni. Dziś młodzi ludzie mają poczucie, że ich przyszłość zależy od nich samych, że ich życie jest w ich rękach. W czasie mojej młodości wszystko działo się poza nami. Była to cudowna beztroska, a ustrój był przedmiotem jednego wielkiego żartu. Dziś nie jest już tak wygodnie.

Patrząc na pana dorobek, PRL wciąż inspiruje – jest pan współautorem książki „Polska między wierszami. Życie codzienne w PRL” i albumu „Z prądem i pod prąd. Ostatnia dekada PRL” ze zdjęciami Zenona Żyburtowicza.

Michał Ogórek – Tak naprawdę jesteśmy w stanie dobrze opisać coś dopiero wtedy, gdy się skończy. PRL najlepiej można podsumować z dystansu. To właśnie robię z Zenkiem Żyburtowiczem, komentując jego fantastyczne zdjęcia.

Czy na „kwiatki” naszej codzienności równie łatwo jest patrzeć z przymrużeniem oka?

Michał Ogórek – Niestety tzw. bieżączka przesłania to, co najważniejsze wokół nas. Oczywiście to, co ktoś palnie w publicznej debacie, jest tematem na felieton i nie można takich zajść ignorować, ale nie należy się do nich ograniczać. Tak naprawdę kłótnie polityków nie są ani zabawne, ani inspirujące, nie mówiąc o tym, że do niczego nie prowadzą. Warto wejść na wyższy poziom i poszukać pewnych prawidłowości w zachodzących zmianach. To najtrudniejsze, bo trzeba się odciąć od doniesień medialnych, wyłączyć telewizor, zamknąć się na pyskówki polityków i inne incydentalne brednie bez znaczenia.

Ostatnio moją dumą jest tekst, w którym sformułowałem myśl, że współcześnie klasa polityczna umarła. Ministrowie, posłowie, opozycja – wszyscy na scenie politycznej przestali się liczyć. Nawet jeśli jeszcze tego nie wiedzą, już nie rządzą. Ten felieton spotkał się z dobrym przyjęciem, a ja jako autor cieszę się, że odkryłem pewną wykraczającą poza codzienne utarczki prawidłowość. Żart niesie czasem więcej treści i głębszy przekaz niż analizy, które mało kto czyta. W tym widzę siłę mojego pisania.

W ostatniej książce z rysunkami Henryka Sawki „Dobra zmiana grubą kreską” komentują panowie bieżące wydarzenia. We wstępie pana kolega mówi: „Nigdy nie lubiłem pisać, dlatego wciąż rysuję. Nie ukrywam, że w czasach galopujących zmian tylko żart rysunkowy może za nimi nadążyć”. Pan zapewne jest obrońcą słowa?

Michał Ogórek – Wbrew pozorom nie ma opozycji między tym, co obaj robimy. Tak naprawdę on też musi wymyślić felieton, a potem go narysować. Różnią nas tylko narzędzia, którymi się posługujemy, więc dobrze się uzupełniamy.

Jeśli mowa o narzędziach, jest pan tradycjonalistą, czy aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych?

Michał Ogórek – Śledzę dyskusje w Internecie, ale się w nie nie włączam. Lubię czytać wpisy pod swoimi felietonami, które niekiedy są pretekstem do ciekawej wymiany zdań, ale nie uczestniczę w niej, bo w tekście zawarłem wszystko, co miałem do powiedzenia w danej sprawie. Z kolei hejty są jak splunięcia – nie warto na nie reagować. W życiu też wolę rolę obserwatora. Nie jestem uzależniony od Internetu, smartfona i innych nowinek technologicznych, ale chętnie z nich korzystam. Nieustająco mnie fascynują nowe możliwości za sprawą techniki, np. kiedy siedzę w lokalu za granicą i mogę przesłać tekst do redakcji. Cały czas jest to dla mnie przedmiot zdumienia, zwłaszcza że w czasach mojej młodości przez myśl mi coś podobnego nie przeszło.

Dostaje pan jeszcze listy, jak za dawnych lat?

Michał Ogórek – Sporadycznie. Kiedyś do redakcji spływały workami, nie było sposobu, żeby je przeczytać. Teraz tradycyjne listy praktycznie nie przychodzą. Jeśli coś dostaję pocztą, to albo pozew do sądu, albo rachunek do zapłacenia. Długo dostawałem tradycyjne listy, co było przedmiotem żartów moich kolegów, bo pisały je głównie starsze osoby, więc śmiali się z moich podstarzałych fanów, ale nawet oni przerzucili się na maile. Postęp dociera do każdego.

Niektórzy twierdzą, że prawdziwy satyryk jest zwykle ponurakiem. Pan wydaje się obalać tę teorię. Zawodowa wesołość przekłada się na tę życiową?

Michał Ogórek – Coś w tym jest, satyrycy faktycznie bywają depresyjni w życiu prywatnym, ale w moim przypadku nie ma to zastosowania, chociaż oczywiście człowiek ma zmienną naturę i różne nastroje. W pracy musi mnie coś bawić, żebym o tym napisał; jestem odporny na próby wymuszenia – może to mało profesjonalne, ale na pewno autentyczne i pewnie nieco egoistyczne, bo piszę, żeby się wprowadzić w dobry nastrój.

A jak jest ze sztuką konwersacji? Lubi pan sobie pogawędzić?

Michał Ogórek – Jest pani blisko, bo właśnie tak powstały nie tak dawno książki, które napisaliśmy – a właściwie opowiedzieliśmy sobie – z Jerzym Bralczykiem. Ponieważ znamy się prywatnie i przyjaźnimy się od lat, wielokrotnie spotykaliśmy się i rozmawialiśmy o różnych sprawach. Tak zrodził się pomysł na wspólną książkę „Kiełbasa i sznurek”, która polega na rozmowie.

Nie chcieliśmy, by na wzór wywiadu rzeki jeden z nas przepytywał drugiego, tylko obaj wymieniamy poglądy, opowiadamy o sobie i swoich doświadczeniach, i żartujemy, wychodząc z założenia, że nasza pogawędka ma być zabawna i wciągająca, a przy tym ma mieć wartość edukacyjną, głównie za sprawą Jurka, który na każdą okazję ma odpowiedni cytat. Chcieliśmy w ten sposób przywrócić dawną rangę rozmowy, która sama w sobie powinna być przyjemnością.

Michał Ogórek – Dziś – niestety – na ogół rozmowy się przeprowadza, co nie brzmi dobrze i w niczym nie przypomina salonów, które służyły spotkaniom towarzyskim i przyjemności bycia ze sobą. Jeśli coś z tego wynika, to dobrze, ale nie musi, bo istota rozmowy nie tkwi w załatwianiu czegokolwiek. Rozmowa wynika po prostu z naturalnej potrzeby człowieka, którą dziś coraz częściej zastępują Facebook i inne komunikatory internetowe. Dobrze też, jeśli staramy się przenosić rozmowę na nieco wyższy poziom, zamiast ją spłycać.

Każdy pretekst jest dobry do rozmowy? Ważniejsze jest dla pana z kim czy o czym?

Michał Ogórek – Nie ma tematów, które nie powinny być przedmiotem rozmów, dlatego skupiłbym się na dobrym rozmówcy. Nawet błahe codzienne sprawy mogą być wdzięcznym pretekstem do wymiany zdań, choćby takie jedzenie, o którym Jerzy uwielbia rozmawiać – pewnie dlatego, że w tej kwestii ze względów zdrowotnych już nie może sobie na wiele pozwolić.

A co skłoniło panów do rozmowy o imionach i wydania książki „Na drugie Stanisław. Nowa księga imion”?

Michał Ogórek – Przyznam, że to efekt inicjatywy wydawnictwa, które uznało, że czytelnikom się ta tematyka spodoba – niebezzasadnie zresztą, bo kiedyś rozmawialiśmy o imionach w programie telewizyjnym i słupki oglądalności skoczyły w górę. Sam byłem zdumiony, że imiona są takim gorącym tematem, nie tylko wśród młodych matek, które stają przed wyborem imienia dla dziecka. To dało nam do myślenia i postanowiliśmy… porozmawiać o imionach, a potem przelać to na papier.

Tyle że podeszliśmy do tematu bardzo trzeźwo, unikając tonu pochwalnego. Piszemy o imionach źle, patrzymy na nie przez pryzmat osób, które je noszą. Etymologię zostawiłem Jerzemu, ale okazuje się, że w dużej mierze bazuje ona na domysłach i przypuszczeniach, tym bardziej można potraktować te teorie jako zabawę. Sam wiele się dowiedziałem przy okazji tych naszych rozmów.

O Michale również?

Michał Ogórek – Tak, bo nigdy się tym nie interesowałem. Miałem skojarzenie, że Michał jest jednym z najbardziej chłopskich imion, popularnych na wsi, co zresztą w ogóle mi nie przeszkadza. Jestem wręcz dumny i wolę mieć więcej wspólnego z Michałem zza miedzy niż z Michałem Aniołem.

Na początku rozmowy powiedział pan, że nie czuje się warszawskim patriotą. A w skali narodowej? Czy w ogóle współcześnie patriotyzm ma właściwy wydźwięk i pierwotną rangę?

Michał Ogórek – Bardzo źle reaguję na wszelkie deklaracje o sobie samym, bo co myśleć o kimś, kto mówi o sobie: „Jestem patriotą”, „Jestem szlachetny, przystojny itd.” albo – jak prezydent Duda – „Jestem niezłomny”? Co innego myśleć tak o sobie, a co innego publicznie obwieszczać. To może tylko świadczyć przeciwko tej osobie. Dlatego jestem bardzo ostrożny również w odniesieniu do deklaracji o postawie patriotycznej i wszelkich haseł, które stały się modne, jak choćby cytat, który ostatnio widziałem na koszulce: „Broni nie złożę, munduru nie zdejmę”. Niektóre są po prostu absurdalne. Zadziwiające, że ludzie nie widzą w tym nic komicznego ani niestosownego.

Nigdy nie ciągnęło pana, by wyjechać z kraju, w którym tyle rzeczy irytuje albo skłania do napisania prześmiewczego felietonu?

Michał Ogórek – Nie. To mój kraj, w którym znam każdy kamień, i nikt mi tego nie zabierze. Nigdy nie miałem takiego pomysłu. Uwielbiam jeździć po świecie, ale zawsze wracam i cieszę się, że mam gdzie.

A gdzie pan najlepiej wypoczywa w ramach urlopu?

Michał Ogórek – Latem co roku spędzam wakacje w kraju, bo uwielbiam polskie morze. Natomiast zimą, kiedy pogoda mi dopiecze, czy raczej za bardzo mnie zmrozi, wybieram miejsca, gdzie akurat jest ciepło. W ten sposób odkryłem Amerykę Południową, gdzie byłem już kilka razy. Im bardziej ją poznaję, tym bardziej się przekonuję, że mentalnie to odpowiednik Polski na drugiej półkuli. A do tego kiedy u nas panuje zima, tam jest ciepło – czego chcieć więcej? Lubię też europejskie duże miasta, ale ilekroć je odwiedzam, mam zasadę, że omijam muzea, chyba że pod wpływem chwili zdecyduję, że chcę do któregoś wejść, wiedziony impulsem.

Co jest najlepszą odskocznią od komputera, kiedy akurat pan nie pracuje?

Michał Ogórek – Najgorsze jest to, że po skończonym pisaniu, żeby zrobić coś dla przyjemności, zostaję przy komputerze. Niestety Internet wciąga na długie wieczory, chociaż to chyba i tak bardziej pożyteczne niż telewizja, bo nie wpatrujemy się w coś, co nam akurat pokazują, tylko sami wybieramy treści, które nas interesują. Poza tym w wolnych chwilach pływam i staram się jak najwięcej jeździć na rowerze, zwłaszcza że warunki mam ku temu idealne, bo mieszkam przy lesie.

Fot. Zenon Żyburtowicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020