
PAULINA SZAREK
– Punktem zapalnym był prezent, który dostałam jako dziecko – książeczka z płytą „Pocahontas” z piosenką „Kolorowy wiatr”, którą wciąż nuciłam. Oglądałam regularnie „Szansę na sukces” i ćwiczyłam, zastępując mikrofon szczotką do włosów. Niestety, moi rodzice nie podzielali mojej fascynacji i nie widzieli potrzeby, żeby posyłać mnie na lekcje śpiewu. To sąsiadka podpowiedziała, żebym zgłosiła się na konkurs piosenki dziecięcej. Tak też się stało i w przeciwieństwie do innych dzieci, które śpiewały piosenki adekwatne do wieku, ja zaprezentowałam „Kolorowy wiatr”. Zaczęłam uczęszczać na zajęcia do domu kultury, a z czasem mama zrozumiała, że muzyka jest dla mnie naprawdę ważna i zapisała mnie do szkoły muzycznej, gdzie przez sześć lat uczyłam się gry na fortepianie.
– Z perspektywy dobrze wspominam ten okres, ale gdy po pierwszym kontakcie z instrumentem opadły wielkie emocje, przyszedł czas na ciężką pracę i monotonne ćwiczenia, a to wiązało się z wyrzeczeniami, więc przestało być fajne. Kiedy koleżanki i koledzy szli się bawić, ja miałam dodatkowe obowiązki. Po 2–3 latach chciałam zrezygnować, ale rodzice przykazali mi skończyć szkołę muzyczną, za co teraz jestem im wdzięczna. Mimo że już nie gram, na pewno dużo mi to dało – pomogło ukształtować słuch muzyczny i się rozśpiewać.
– Trwa, choć śpiewam bardziej dla przyjemności niż zawodowo. Oczywiście staram się uczestniczyć w warsztatach wokalnych i wciąż rozwijać swoje umiejętności, ale po prostu dobrze się przy tym bawię. Nie traktuję śpiewania jak zajęcia, które może dać mi chleb, bo o to bardzo ciężko.
– W „Szansie na sukces” wystąpiłam w trio z koleżankami. To była przygoda, na którą czekałam: casting, pierwszy kontakt z telewizją, ale ponieważ śpiewałam na głosy w zespole, nie odczułam swojego udziału w programie personalnie. Kiedy przyjechałam na studia do Warszawy, mama namówiła mnie, żebym wzięła udział w castingu do „Bitwy na glosy”. Po pierwszym z dwóch precastingów byłam z siebie zadowolona, ale długo czekałam na werdykt, a czytanie listy nazwisk osób, którym się udało, trwało w nieskończoność. W końcu usłyszałam swoje nazwisko i przeszłam do kolejnego etapu. Musiałam się zmierzyć z osobami, które śpiewają w teatrze, chodzą na profesjonalne lekcje – pomyślałam: „Gdzie mi tam do nich?”, ale mimo obaw weszłam i zaśpiewałam. Było warto, bo producent od razu zaprosił mnie na nagrania. Tak trafiłam do grupy sióstr Przybysz. Jedna z nich wypowiedziała słowa, które na zawsze zapamiętam, mianowicie, że kiedy śpiewałam, czuła się jak na wakacjach i że takiego głosu chciałaby słuchać w radiu dla relaksu.
– Próby i nagrania były męczące, ale udział w programie był moją największą życiową przygodą. Na początku uważałam się za słabszą na tle grupy, ale szybko okazało się, że nie trzeba skończyć najlepszych szkół, żeby dać się zauważyć. W innych grupach gwiazdy nie zawsze uczestniczyły w próbach, w naszej grupie któraś z sióstr zawsze nam towarzyszyła, mimo że obie były akurat w ciąży. Czuliśmy ich wsparcie, zaangażowanie i przyjazną, wręcz rodzinną atmosferę, jaką tworzyły. Dlatego cieszę się, że trafiłam do tej grupy, bo choć wcześnie odpadliśmy, to mogłam zmierzyć się z ambitnym repertuarem i poznać fajnych ludzi, z którymi nie rywalizowałam, tylko dobrze się bawiłam.
– Akurat panią Zapendowską poznałam na warsztatach wokalnych, które prowadziła, zanim zetknęłam się z nią jako jurorką w „Must be the music”, więc nie bałam się tak bardzo. Oczywiście wiedziałam, że to konkretna osoba, która bez owijania w bawełnę powie, co myśli, ale cenię konstruktywną krytykę. Bardziej przerażała mnie ocena Kory, która jest w moich oczach nieobliczalna. Z kolei najbardziej zależało mi na opinii Adama Sztaby, którego cenię jako muzyka i dyrygenta. Cieszę się, że w tym programie miałam wpływ na prezentowany repertuar, co wcale nie jest oczywiste – często uczestnik musi wykonać narzucony utwór, nawet jeśli nie czuje się w nim pewnie i jego głos nie brzmi w nim dobrze. Miałam świadomość, że to program raczej dla zespołów albo wykonawców, którzy mają już własny materiał, ale cieszę się, że mogłam zaśpiewać to, co chciałam, i usłyszałam werdykt: trzy razy „tak”.

PAULINA SZAREK
– Nic konkretnego. Zrozumiałam, że chcąc coś osiągnąć, cały czas trzeba się rozwijać i wybierać wielu nauczycieli, bo każdy może wnieść coś innego. Nie ma jednej recepty na sukces. Trzeba umiejętnie filtrować to, co przekazują inni, i czerpać to, co najbardziej może nam się przydać, ale jednocześnie żadnej opinii nie należy traktować jak wyrocznię.
– Bardzo bym tego chciała, ale wiem, że żeby poświęcić się w pełni muzyce, trzeba rzucić wszystko inne, a z czegoś trzeba żyć. Na taki krok nie mam dość odwagi. Śpiewanie to coś, co kocham i umiem robić, ale to zajęcie nie gwarantuje stabilnej przyszłości. Mam taki charakter, że rozsądek wygrywa. Właśnie zaczynam pracę w przedszkolu muzycznym, więc kontakt ze śpiewaniem będę miała, ale nie w takiej formie, jaka mi się marzy. Zwłaszcza że scena ma na mnie zbawienny wpływ. Gdy wychodzę przed publiczność, przechodzę metamorfozę: z nieśmiałej dziewczyny staję się osobą, która na co dzień nie istnieje – odważną, żywiołową, pełną energii i pewną siebie.
– Na razie tylko teksty. Muzyki nie komponuję, bo nie mam warunków – pianino zostało u rodziców, a ja kończę studia, zaczynam pracę, a dodatkowo śpiewam na eventach i weselach, więc na tworzenie własnej muzyki wciąż brakuje czasu. Czasem mam poczucie, że występy z coverami są mało ambitne, ale z drugiej strony robię to, co lubię, i jeszcze dostaję za to pieniądze, zarabiając na swoim talencie, a w międzyczasie czekam na swoją szansę.
– Trudno jest mówić o stylach muzycznych, ale najbliższe mi jest połączenie soulu i popu. Na pewno lepiej czuję się w spokojniejszym repertuarze, zdecydowanie daleko mi do rocka. Podoba mi się barwa głosu i styl śpiewania czarnoskórych wokalistek, raz nawet miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach gospel. To dla mnie rytmy i brzmienia płynące prosto z serca. Myślę, że dobrze odnalazłabym się w akustycznych występach z gitarą albo pianinem, ale zespół na scenie daje niesamowitą energię.
– Nie, raczej nie miewam tremy. Denerwuję się tylko wtedy, gdy wiem, że mój występ jest oceniany, jak miało to miejsce w programach, w których brałam udział. Niestety nie mam zbyt wielu okazji, żeby stawać przed publicznością. Wielu moich znajomych szuka swojej drogi artystycznej, zakłada zespoły, tworzy, ale ich muzyka nie znajduje odbiorców. To przykre. Z drugiej strony, nielicznym się udaje. Przykładem takiej kariery po programie telewizyjnym jest Dawid Podsiadło, który nagrał płyty zgodne ze swoją wizją, a nie oczekiwaniami producentów.
– Trudno mi wskazać jednego twórcę. Mam wiele inspiracji, czasem szanuję artystów za cały dorobek, innym razem podoba mi się jedna płyta danego artysty. Na pewno w mój gust trafiają Jill Scott, Aretha Franklin, Alicia Keys, a na polskim rynku Edyta Bartosiewicz. Z młodego pokolenia cenię wspomnianego Dawida Podsiadło.
– Jeśli spotkałabym odpowiednia osobę w odpowiednim momencie, to pewnie bym zaryzykowała. Do tej pory jednak trafiałam na ludzi, którzy składali obietnice bez pokrycia. Mimo to nie załamuję się i wciąż mam nadzieję, że szczęście się do mnie uśmiechnie.
ROZMAWIAŁY JUSTYNA FRANCZUK i MAŁGORZATA SZERFER
Fot. archiwum prywatne Pauliny Szarek
Dodaj komentarz