Menu
Rum Duppy Share

Rum Duppy Share – tropikalny brat szkockiej whisky

Pieprz i wanilia. A do tego mango, banany, a potem kokosowy finisz. Egzotyczne kwiaty i słona morska bryza. Czy tak, jak Duppy Share, smakował ulubiony rum karaibskich piratów?

Przez długi czas uważałem, że rum to bimber z trzciny cukrowej, który nadaje się jedynie do herbaty w tragicznie długi, zimowy wieczór. Dziś czuję się z tym głupio, jak ktoś, kto w liceum wypił szklankę truskawkowego „wina” i po latach ośmiesza się wyznając, że nie spróbuje burgundzkiego chablis, bo wina są za słodkie i śmierdzą siarką.

A przecież rum to tropikalny brat szkockiej whisky. W porównaniu do statecznego i jednoznacznego w smaku krewnego z chłostanych deszczem wrzosowisk, trunek z Karaibów ma dużo swobodniejsze maniery i otwartą, pogodną naturę, która słabo i z oporem poddaje się sztywnym rygorom klasyfikacji.

Ale podobieństw do whisky jest całkiem sporo. Oba alkohole po przepuszczeniu przez alembik są po prostu przezroczystym destylatem. Koloru, szlachetności, walorów smakowych i aromatu nabywają leżakując w dębowych beczkach. I za każdym razem część napitku bezpowrotnie się ulatnia. W Szkocji mówi się na to „The Angels’ Share” – działka aniołów. W gorącym podzwrotnikowym klimacie odparowuje z beczułek więcej trunku, więc nic dziwnego, że anioły zmieniają się w demony, na które Jamajczycy mówią Duppy. “Duppy Share” to działka demonów.

Butelka, która zwróciła moją uwagę na sklepowej półce była po prostu śliczna. Grube szkło, przysadzisty kształt antałka, przywodzący na myśl XVIII-wieczne portowe tawerny i etykieta inspirowana plakatami biur podróży z lat 30-tych XX wieku. Jednym słowem – eklektyzm. Eksperyment, który z butą i bez kompleksów dokonał abordażu na półkę pomiędzy stare i uznane marki. Było to tak bezczelne, że sięgnąłem po tego chwackiego pirata.

No i przy bliższej znajomości nuworysz okazał się nie aż taki nieznany.

Duppy Share to blend z dwóch destylarni. Podstawą jest trzyletni rum z Jamajki, a dokładnie z destylarni wybudowanej na terenie najstarszej, bo z 1670 roku, plantacji trzciny cukrowej na wyspie – The Worthy Park Estate. Fabryczka w dolinie Lluidas Vale produkuje rum od 1741 roku. A miedziane alembiki zbudowała szkocka firma rodziny Forsythów, specjalizująca się w aparaturze do… a jakże – whisky. Destylat z Jamajki leżakuje trzy lata w beczkach z białego, amerykańskiego dębu, w których wcześniej dojrzewał bourbon i dodawany jest do alkoholu wytwarzanego z melasy na Barbados, w słynnej destylarni Foursquare. Pięcioletni destylat leżakujący także w beczkach po bourbonie, jest dużo łagodniejszy od swego jamajskiego brata. Proporcje pomiędzy krzepką Jamajką i wysublimowanym Barbadosem ustalane są w Holandii, gdzie kiper miesza dwa gatunki rumu, by odesłać gotowy produkt do zabutelkowania w Wielkiej Brytanii.

Za marką Duppy Share stoi George Frost – syn popularnego niegdyś na Wyspach Brytyjskich prezentera radiowego Sir Davida Frosta, pasjonat rumu, ale i kompletny nowicjusz w tej branży. Nie wiadomo, czy do dziś nie odbijałby się od zamkniętych drzwi w wielkich sieciach handlowych, gdyby sześć lat temu na imprezie branżowej nie oczarował opowieściami o swoich przygodach na Karaibach Dawn Davies, szefowej sprzedaży domów towarowych Selfridges. Na koniec konwersacji wyjął z plecaczka butelkę i nalał do kieliszków Duppy Share – blend według swojej receptury. Davies powąchała trunek, skosztowała i pokiwała głową z uznaniem. A George uniósł w górę ramiona w geście zwycięstwa i odtańczył karaibską salsę.

Dawn Davies głęboko westchnęła i udzieliła nowicjuszowi bezcennej porady: George, twój rum jest doskonały, ale jak chcesz osiągnąć sukces w negocjacjach, musisz popracować nad pokerową twarzą.

Odkładam na bok Evening Standard – gazetę, w której czytam wywiad z Georgem Frostem („London’s hot new spirit”). Czas już odkorkować Duppy Share.

Kolor jest głęboki, żywy, z wesołymi, bursztynowymi refleksami tańczącymi na szklanych ściankach, gdy mieszam trunek kolistymi ruchami. Nie muszę się nawet nachylić nad tulipanowym kieliszkiem, by poczuć aromat wanilii, pieprzu i cytrusów. Nie ma co czekać dłużej, pociągam mały łyczek i czekam na pieczenie alkoholu, przytrzymując rum w ustach nieco dłużej, niż zwykle.

Słodycz. Oczywiście. Nie ma innej możliwości jeśli alkohol wytwarza się z trzciny cukrowej. Ale wachlarz wrażeń smakowych jest dużo szerszy. Przymykam oczy i natychmiast przenoszę się na tropikalne wyspy. Idę wąską ścieżką wyrąbaną maczetą w ścianie dżungli. Gdzieś niedaleko szumi wodospad i świeża bryza niesie ze sobą lekką nutę egzotycznych kwiatów. W ustach smak toffee migotliwie miesza się z mango i bananem. Coraz mocniej przebija pieprz i gorący smak „procentów”, by po kilku sekundach ustąpić finiszującym orzechom kokosowym.

Otwieram oczy. I to wszystko było zaklęte w kilku kroplach?

Teraz zaczynam rozumieć dlaczego rum cieszył się taką estymą na statkach Royal Navy (marynarze dostawali codziennie porcję tego alkoholu od 1655 roku do lat 70-tych XX wieku), a gustowali w nim także karaibscy piraci. Nie, to nie tak, że twardzi żeglarze byli – jakimś dziwnym zrządzeniem losu – koneserami bukietów i mieli wysublimowane kubki smakowe. Był poważniejszy powód, dla którego pito na statkach rum, zazwyczaj mieszany w proporcji 1:3 z wodą (tzw. grog). Podczas długich rejsów słodka woda w beczkach szybko zaczynała śmierdzieć, aromatyczny alkohol sprawiał, że stęchły płyn dawało się jakoś przełknąć.

Duppy Share nie będę rozwadniał, ale też nie piję go szklankami. Wystarczy ten jeden kieliszek, by przywołać wspomnienie Karaibów w deszczowy, wiosenny wieczór.

Sergiusz Pinkwart

 

2 odpowiedzi na “Rum Duppy Share – tropikalny brat szkockiej whisky”

  1. Ew56 pisze:

    Oj człowiek by się napił

  2. Obajtek - ale nie ten od ORLENU - tamten przynosi wstyd naszemu nazwisku pisze:

    Rum Duppy Share – polecam piłem na Zanzibarze – z sokiem ananasowym i lodem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020