Menu
Kozłowicz Tomasz - zdjęcie

Tomasz Kozłowicz – koledzy nazywają mnie Strusiem Pędziwiatrem

Mój serdeczny kolega z teatru – Wiktor Zborowski – powiada: „najlepsza jest popularność klasy B”. To wygląda tak: „Aaaa… skądś pana kojarzę? Już wiem! Pan u mnie na osiedlu w warzywniaku pracuje…”. I taka popularność jest miła – żartuje Tomasz Kozłowicz, aktor teatralny, dubbingowy i lektor.

Gdzie urodził się ten ciepły i miękki głos aktora i lektora?

Tomasz Kozłowicz – W Łodzi. W drugiej klasie szkoły podstawowej „zakochałem się” w dziewczynie, która chodziła do szkoły muzycznej do klasy skrzypiec. Nie zapomnę zdziwienia moich rodziców, gdy poprosiłem, by zapisali mnie do tejże szkoły na wydział… skrzypiec. Miłość szybko minęła, ale zamiłowanie do muzyki zostało. Po jakimś czasie przyszedł do nas na zajęcia kierownik produkcji filmów dubbingowanych, pan Krzysztof Kupsz, i zapytał, które dziecko chciałoby zagrać w filmie. Wszyscy podnieśliśmy ręce. Zorganizowano nagranie, próbę głosu (dziś czytaj: casting) i… wybrano mnie. Wtedy otrzymałem moje pierwsze wynagrodzenie – 28 złotych. Pamiętam, że zaraz po wypłacie za 24 złote kupiłem sobie rakietkę do tenisa stołowego. (4 zeta poszło na przyjemności, lody i oranżadę). W tamtych czasach większość filmów dla dzieci i młodzieży dubbingowano w Łodzi. Funkcjonowały tam trzy, może cztery studia dubbingowe.

Czym się pan wyróżnił?

Tomasz Kozłowicz – Nie wiem… Uznano, że się nadaję. Chyba przydała się szkoła muzyczna: słuch, rodzaj skupienia nad odgrywaną postacią. A były to ważne cechy, bo wtedy jeszcze nie było tak profesjonalnych systemów do układania ścieżek dźwiękowych, do rozciągania głosek, dźwięków. Istotna była precyzja…

Jak wyglądał dubbing w czasach pana dzieciństwa?

Tomasz Kozłowicz – Robiło się sklejki z dwu-, trzyminutowych sekwencji. Przy stole siadało kilku aktorów, których postaci występowały na ekranie. Kilkuminutowe nagranie trwało bardzo długo. Ktoś się pomylił, ktoś się zdekoncentrował i już trzeba było powtarzać. W czasach, kiedy robiono kopie filmów, sklejki się cięło i zakładało na tzw. kółko. I na projektorze ta sklejka „latała”. Na drugą taśmę dogrywało się dźwięki. Najtrudniej było, kiedy nie można było pociąć taśmy na sklejki, bo była tylko jedna kopia. Wtedy czekaliśmy aż cały film się przewinie. Bywało to męczące, ale jednocześnie podobała mi się ta praca. „Tomek Sawyer”, „Tajemnica starej kopalni”… Miłe wspomnienia.

Droga artystyczna była więc naturalnym wyborem.

Tomasz Kozłowicz – Tak, ale złożyłem jednocześnie papiery na politechnikę. Zdałem jednak do szkoły filmowej w Łodzi. Po pierwszym roku uznano, że jestem „niedojrzały emocjonalnie” i wykreślono mnie z listy studentów. Mimo tego przykrego faktu poczułem, że to jest to, co chcę w życiu robić, więc po kilku miesiącach zdawałem do ówczesnej PWST w Warszawie. Dostałem się i zrobiłem tam dyplom.

Nie szkoda było rodzinnej, filmowej Łodzi?

Tomasz Kozłowicz – Owszem, cudownie wspominam czas pierwszego roku. W tym okresie na wydziale aktorskim byli moi fantastyczni koledzy: Zbyszek Zamachowski, Adrianna Biedrzyńska, Piotrek Polk, Cezary Pazura, Wojtek Malajkat, Zbyszek Suszyński i wielu innych. Zestaw mieliśmy bardzo zacny. Nie żałowałem jednak nigdy. Nie wiem, jak potoczyłaby się historia mojego życia w Łodzi, ale tego, co tu się wydarzyło, nie żałuję.

Czytałam, że jeszcze w czasie studiów zatrudniono pana w teatrze Ateneum. Jak to się stało?

Tomasz Kozłowicz – Nie, nie. Na ostatnim roku studiów robiliśmy spektakl dyplomowy – „Lato” Rittnera w Teatrze Ateneum. Rok wcześniej wystawialiśmy tam „Przeklęte tango”, w którym zagrałem Pancha. Natomiast na trzecim roku studiów z nauczycielem, jak prosił do siebie mówić aktor Tadeusz Łomnicki, stworzyliśmy „Siakuntalę” Kalidasy, hinduską klasykę teatralną. Mieliśmy zagrać ten spektakl w Indiach, przed 5-tysięczną publicznością. Spektakl był wyreżyserowany właściwie pantomimicznie, tak aby tamtejsza publiczność rozumiała nas mimo barier językowych. Ówczesne władze niestety się nie zgodziły na nasz wyjazd przez to, że nauczyciel Łomnicki rzucił kiedyś legitymacją partyjną. Nie pomogły prośby, żeby jechał asystent nauczyciela. Zamiast w Indiach pokazaliśmy jednak przedstawienie w Ateneum.

Z jakimi oczekiwaniami wchodził pan do tego zawodu?

Tomasz Kozłowicz – Człowiek, który kończy szkołę teatralną, nie zakłada, że mu się nie powiedzie. Przypuszczam, że każdy przyszły aktor do zawodu idzie z pełną wiarą, że będzie wykonywał ten zawód, będzie mógł się z niego utrzymać, że będzie on dla niego fascynujący. Dla niektórych kusząca jest popularność. Bywa miła, ale też strasznie męcząca. Zdarzyło mi się kilka takich przykrych sytuacji po „Ekstradycji”, w której zagrałem Zybertowicza, funkcjonariusza UOP. Po „Klanie” też „zebrałem cięgi”. Przyjechałem do kolegi, jego żona stała w oknie, zobaczyła mnie i zażartowała: „O! Doktor Słowik do nas przyjechał”. Jej mama na to: „Znacie go? To może receptę by mi wypisał?”. „Mamo, to aktor jest” – tłumaczyli jej. „Jak to aktor, to jak on może tego Jasia leczyć?”.

Dlaczego więc aktorstwo?

Tomasz Kozłowicz – W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie muszę decydować, jaki zawód mam w życiu wykonywać, ponieważ będąc aktorem, mogę wykonywać wszystkie zawody świata. Jestem lekarzem, dozorcą, sędzią i policjantem. Grałem też nauczyciela w sztuce „Dzieci mniejszego Boga”. Całej sztuki musiałem nauczyć się w języku migowym i to też było dla mnie kolejne ciekawe doświadczenie. Grałem również mordercę, który palił zwłoki kobiet w piecu. Nigdy nie wiadomo, co się trafi.

Nie wyobrażam sobie, bym chodził do pracy w określonych godzinach. Mam inny temperament. W niektórych studiach nazywają mnie nawet Strusiem Pędziwiatrem. Wpadam, robię swoje – oczywiście dokładnie i sumiennie – i lecę dalej.

Nie tylko jako aktor wykonuje pan różne zawody. Jako prezenter prowadził pan kiedyś program telewizyjny „Joystick”.

Tomasz Kozłowicz – Ojej! To była końcówka lat 80., pierwsze programy o komputerach w telewizji… Sam nie miałem wtedy komputera, ale zapewniono mnie, że nie muszę się znać. Potem uchodziłem za alfę i omegę w dziedzinie informatyki. A ja po prostu uczyłem się od tych młodych ludzi, ekspertów z planu, którzy naprawdę się na tym znali. Niektórzy rzeczywiście mnie kojarzą z tym programem. Moja mama niedawno trafiła do szpitala ze złamaną ręką. Siedzieliśmy tam kilka godzin – czekamy na lekarzy, wreszcie wzywają nas na górę, a jeden z nich mówi: „O! Pan Joystick!” Wystąpiłem w kilku podobnych programach edukacyjnych. Charakteryzowano mnie w nich m.in. na Einsteina… Mówiłem, jak coś jest zrobione, np. w gazowni.

Skąd wziął się pana pseudonim lektorski Jan Czernielewski?

Tomasz Kozłowicz – Po latach robienia dubbingów w Łodzi trafiłem na Myśliwiecką w Warszawie, do siedziby Polskiego Radia, bo głównie tam się wtedy nagrywało dubbingi. Usłyszał mnie kiedyś na nagraniach Stanisław Olejniczak i mówi do mnie: „Tomek, masz dobry głos. Nie chciałbyś spróbować przeczytać za mnie serialu, bo musze wyjechać? Wiesz, to będzie takie pół godzinki”. Powiedziałem, że mogę spróbować. Jakoś dobrze mi poszło i przeczytałem cały film.

Na końcu miałem się jakoś przedstawić. Pomyślałem: niech Tomasz Kozłowicz będzie sobie aktorem, a dla lektora muszę wymyślić jakiś pseudonim. Stałem się więc Janem – tak miał na imię mój ojciec, Czernielewskim – nazwisko panieńskie mojej matki. Potem nie raz przekręcano ten pseudonim: na Jana z Czarnolasu, Czerniakowskiego itp.

Kozłowicz Tomasz

Tomasz Kozłowicz

Wstydził się pan tej pracy?

Tomasz Kozłowicz – Nie, absolutnie. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będę miał tyle pracy jako lektor. Myślałem, że wymyślam pseudonim jednorazowo. Wiem, że dziś koledzyaktorzy również używają pseudonimów. Chciałem oddzielić te dwie dziedziny, mimo że lektorstwo w jakimś sensie przynależy do aktorstwa, a wiedza ze szkoły teatralnej przydaje się w pracy lektora. Jednakże dubbing i praca lektora to są jednak dwie zupełnie różne dziedziny, wymagające dwóch innych rodzajów skupienia, innej percepcji mózgu. W dubbingu wpuszcza się słowa w tzw. kłapy, w czytaniu lektorskim wpuszcza się oryginalny tekst po to, żeby nie robić tzw. rosyjskiego dubbingu, czyli nie nakrywać swoim głosem pierwotnej ścieżki dźwiękowej. Nie wolno przeszkadzać widzowi, „zasłaniać” głosu aktora i oryginalnego języka, który pojawia się w filmie.

Co jest bardziej intratne: bycie lektorem czy aktorem?

Tomasz Kozłowicz – Oczywiście granie w filmach, a szczególnie w serialach. Teraz zdarzyła mi się „Leśniczówka”. Fantastyczna obsada, dobry klimat na planie, fajny sposób kręcenia. Niby długi serial, ale nie robimy tego w scenografiach papier-maché. Na planie są prawdziwe wnętrza, trochę brudu, widać „patynę”, przez co serial nabiera wiarygodności. Wiadomo, że można robić dużo taniej. Kiedyś wchodził do telewizji polski tasiemiec, tak trochę słabo robiony. Moja mama zastanawiała się: „Tomek, mnie się to nie podoba. Może to ja nie mam gustu, ale skoro to telewizja pokazuje… ?”

Co było największym wyzwaniem w dubbingu?

Tomasz Kozłowicz – „Whiskers”. W Stanach tego typu filmy nagrywa się odwrotnie. Daje się kilka rysunków z postacią, stawia się kamery, aktor do tego gra i dopiero wtedy dorysowuje się postać. Tak było na przykład z Eddym Murphym i jego osłem w „Shreku”. Osioł był potem dokładnie taki jak Murphy, miał jego cechy. U nas wygląda to inaczej, przez co jest trudniej podłożyć głos.

Moja postać w „Whiskersie” była tak nieprzewidywalna, jakby wypiła siedem napojów energetycznych.

Pan Whiskers raz płakał, raz krzyczał, raz wolniej, raz szybciej, ciężko było nadążyć za jego emocjami. Z kolei dużą satysfakcję przyniosła mi praca nad „Maską”, gdzie podkładałem Jima Carrey’a. Fajna robota…

Zachęcam wszystkich do obejrzenia serii filmów internetowych „Widzę głosy”. Jest to seria kilkudziesięciu wywiadów z aktorami pokazujących twarze dające głosy animowanym postaciom. Jestem tam jednym z rozmówców. Kiedyś dobry znajomy na prywatnej imprezie, kiedy mu pokazałem „Widzę głosy”, zdziwił się: „To ty grałeś tę postać? I to też ty?! Nie przypuszczałem! Światopogląd mi się zmienił!”. Bo nie kojarzy się aktora z tyloma kreacjami, kiedy aktor potrafi i musi zmieniać swój głos odpowiednio do roli.

Ja oczywiście nie do wszystkiego się nadaję. Są castingi, próbki głosu idą do producentów.

Czasem chodzi o to, żeby głos polskiego aktora był jak najbardziej zbliżony do oryginału. Tak miałem z Królikiem Buggsem. Dubbingowałem też Matthew Brodericka w „Żonach ze Stepford”, a sytuacja wyglądała tak: zobaczyłem, że odbywa się casting do tego filmu. Mówię: „Ja już grałem Inspektora Gadżeta”. „Jak to grałeś?” – dziwili się. „No tak, w poprzednim filmie”. „Dobrze, casting zakończony, masz rolę”. Organizatorzy cieszyli się, że mają pewniaka i załatwioną sprawę.

Od studiów do dzisiaj gra pan w Teatrze Ateneum. Obecnie w trzech spektaklach.

Tomasz Kozłowicz – Aktualnie w jednym – w „Kolacji dla głupca” – zamiennie z Tadziem Borowskim. Pozostałe dwa – „Tramwaj zwany pożądaniem” i „Kandyd” – chwilowo zeszły z afisza. Wchodzą jednak nowe tytuły, mamy nowego dyrektora, więc może dołączę do obsady w kolejnych przedstawieniach?

„Kolację dla głupca” zagrał pan już kilkaset razy. Jak można się nie znudzić?

Tomasz Kozłowicz – Każde przedstawienie jest inne. Na każde przychodzi inna publiczność, inaczej reaguje. Bywają tacy widzowie z których strony nie ma żadnej reakcji. Przychodzi też taka publiczność, która jeszcze nas, aktorów, napędza. Jej reakcje są w tak nieoczekiwanych miejscach, że nas samych to zdumiewa. Czasem przyjdzie grupka znajomych, tak dobrze bawiących się ze sobą, że nie mają strachu przed innymi widzami, aby głośno się roześmiać. Ten śmiech zaraża wszystkich dookoła. My też nie jesteśmy nieomylni, co dla nas samych bywa zabawnym urozmaiceniem. Z nudą w teatrze naprawdę nie ma problemu.

_______________________

Rozmawiała Agnieszka Żądło

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020