Waldemar Błaszczyk

WALDEMAR BŁASZCZYK – Lubię wywoływać uśmiech

Opublikowano: 27 listopada 2019

Choć nie bywa bohaterem pierwszych stron gazet, cieszy się uznaniem i sympatią widzów. Nie zabiega o role za wszelką cenę, rodzinę stawia na pierwszym miejscu, a mimo to spełnia się zawodowo i robi to, co lubi najbardziej – gra w teatrze, bawi publiczność, a wykorzystując popularność, pomaga innym. Jak skromnie twierdzi, robi to z czystego egoizmu, bo dzięki temu sam czuje się lepiej

Nie jest pan postacią często widywaną w świetle fleszy. Nie interesuje pana ta strona zawodu aktora?

Waldemar Błaszczyk – Rzeczywiście, nie jestem zbyt medialny. Rzadko korzystam z social mediów, bo nie chcę być kojarzony z internetową popularnością i wolę życie w realu. Jeśli już bywam na uroczystościach, to branżowych. Gala VIP była ciekawym doświadczeniem, bo sam pomysł spotkania tak różnych środowisk jest oryginalny. Statuetka VIP jest moją drugą nagrodą przyznaną przez widzów.

Jak wyglądał pana start w zawodzie?

Waldemar Błaszczyk – Na początku zdawałem na Wydział Aktorski we Wrocławiu – bez sukcesu, bo potwornie sepleniłem. Dostałem się na Wydział Lalkarski i przez rok intensywnie pracowałem z logopedą, ćwiczyłem nawet w tramwaju, robiąc dziwne miny w ramach rozciągania kącików ust itp. Ten rok pracy sprawił, że szczęśliwie dostałem się do Akademii Teatralnej w Warszawie, a po pierwszym roku zagrałem z Katarzyną Figurą w „Autoportrecie z kochanką” i dostałem moją pierwszą nagrodę od publiczności – statuetkę Jańcia Wodnika, na festiwalu w Słupcy. „Autoportret z kochanką” rywalizował także o główną nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Rok 1996 był wyjątkowy, ponieważ wtedy Złotych Lwów nikomu nie przyznano. Nie ukrywam, że liczyłem na jakiekolwiek wyróżnienie za debiut, które pomogłoby mi wystartować w zawodzie, zwłaszcza że film doceniono w wielu miejscach, a ja za moją rolę zostałem zaproszony m.in. na Festiwal Filmowy w Genewie.

Waldemar Błaszczyk

Pochodzi pan z Barda Śląskiego, wyjazd na studia do Warszawy to duża zmiana.

Waldemar Błaszczyk – Pamiętam jak dziś chwilę, kiedy przyjechałem do Warszawy z miejscowości Bardo na Dolnym Śląsku i z walizką w ręku wysiadłem z pociągu na Dworcu Centralnym. Spojrzałem na Pałac Kultury, który wtedy wydawał mi sie trzy razy większy, i powiedziałem: „K…, nie dam rady” – byłem pełen obaw, ale lubię wyzwania i łatwo się nie poddaję. Wychodzę z założenia, że powtarzalne, przewidywalne sytuacje nas nie rozwijają, a te, które są okupione stresem i strachem, najwięcej nas uczą. Studia w Warszawie były okresem bardzo intensywnej pracy. Opiekunem mojego roku był wymagający Jan Englert. Nasz rok był niezwykle pracowity i na własne życzenie mieliśmy dużo więcej pracy – zamiast obowiązkowych dwóch, trzech scen my mieliśmy po cztery, pięć. Obowiązkowe zajęcia kończyłem około 17:00 i zaczynały się indywidualne próby do późnych godzin. Przy zadanych dwójkowych/trójkowych scenach nie da się zadania domowego odrobić samemu w domu. Przebywanie w szkole od 8:00 do 23:00 było normą. Praktycznie nie było czasu na osławione życie studenckie.

Po studiach od razu dostał pan angaż?

Waldemar Błaszczyk – Na chwilę trafiłem do Teatru Narodowego. Otarłem się o takich reżyserów, jak Jerzy Grzegorzewski i Janusz Wiśniewski, ale ta współpraca była krótka. Nie czułem tego miejsca. Poza tym musiałem się skupić na zarobkach, bo miałem rodzinę i mieszkanie na kredyt, a wtedy opiekunka kosztowała miesięcznie mniej więcej tyle, ile zarabiałem w teatrze. Żeby dorobić, pracowałem w dubbingach, głosem w radiu, grałem epizody w serialach. Po premierze „Autoportretu z kochanką” usłyszałem od koleżanki z roku, Marysi Seweryn, bardzo ważne słowa: „Waldku, tylko nie czekaj teraz na telefon”. Faktycznie, po tak udanym debiucie i docenionej głównej roli telefon zamilkł. Przez 7–8 lat chodziłem na castingi, czekałem na propozycje i nic się nie działo. W tym okresie skupiłem się na wychowywaniu córki, podczas gdy moja żona (Ewa Gawryluk – przyp. red.) grała. W społeczeństwie przyjęło się, że to kobieta zajmuje się domem, a mężczyzna zarabia. U nas było inaczej. Trochę mnie to stresowało, z drugiej strony cieszyłem się, że mogę spędzać czas z dzieckiem.

Uwielbiam swój zawód, ale najpierw jestem mężem i ojcem, a dopiero później aktorem. Myślę, że między innymi dzięki temu, że mamy z Ewą taki system wartości, jesteśmy ze sobą 21 lat. Ten okres matkowania i nieaktywności zawodowej był ciężki, ale udało mi się to wszystko jakoś poukładać. Z czasem propozycje zaczęły się pojawiać. Wróciłem do teatru, ale na zasadzie luźnej współpracy, bez etatu, bo zależało mi na wolności, jaką daje zawód artysty. Teraz gram w spektaklach produkowanych przez mojego kolegę po fachu, Piotra Nowaka. Pracujemy nad nimi stacjonarnie, a gramy wyjazdowo, w całej Polsce. To wielka radość móc dotrzeć do publiczności w mniejszych miejscowościach, która docenia naszą pracę jeszcze bardziej, bo nie ma na co dzień tylu możliwości rozrywki, ile mieszkańcy dużych miast.

Czy po latach wie pan, co stało za tą ciszą, która spowodowała zawodowy zastój?

Waldemar Błaszczyk – Nie mam pojęcia. Tłumaczę sobie to jedynie tym, że o ile w sporcie wynik jest wymierny, w aktorstwie o pozycji aktora nie decydują centymetry ani sekundy. Często to zbieg okoliczności decyduje o tym, że w karierze dzieje się dobrze albo źle. Może miał znaczenie też fakt, że zapragnęliśmy być rodzicami i dużo uwagi poświęcaliśmy dziecku, nie braliśmy udziału w życiu publicznym? Zależało nam, żeby nasza córka znała inne życie niż garderoba i kulisy. Do tej pory niewiele osób ma świadomość, że jesteśmy małżeństwem. Dla nas to duży sukces, bo zawsze grubą kreską oddzielaliśmy sprawy zawodowe od prywatnych.

Czym jest dla pana praca w serialu? Dzięki „Na Wspólnej” ma pan stały kontakt z masową publicznością.

Waldemar Błaszczyk – Lubię Damiana Cieślika, ta postać jest tak charakterystyczna, że nawet gdy pojawia się raz na jakiś czas, to publiczność ją pamięta. Cieszę się, że udało mi się stworzyć postać, która zapada w pamięć. Z serialową żoną, w którą wcieliła się Sylwia Gliwa, tworzymy nietypową parę, która zyskała sympatię widzów, a zarazem jeden z najbardziej komediowych wątków fabuły. Jednocześnie obok śmiechu jest w tym serialu i moich epizodach miejsce na edukację, np. w najbliższych odcinkach kwestie tolerancji wobec osób o innej orientacji seksualnej. Najlepiej odnajduję się w komediach, mniej mnie ciągnie do dramatu. Na co dzień mamy tyle trosk, że cieszę się, jeśli mam okazję swoją pracą poprawić humor innym.

Waldemar Błaszczyk

Czy w zalewie multimediów i nowoczesnych środków komunikacji społeczeństwo docenia teatr i szuka kultury wysokiej?

Waldemar Błaszczyk – Z doświadczenia wiem, że spektakle, które bawią, najlepiej się sprzedają. Dobrze, jeśli przy okazji mówią o czymś ważnym. Nasze sztuki spełniają te kryteria. W moim przypadku teatr połączył się ze sportem. Wszystko zaczęło się od udziału w triathlonie i zbiórki pieniędzy na rzecz dzieci, do czego namówił nas Bartek Topa – ówczesny ambasador Fundacji Synapsis. Cyklicznie z innymi kolegami udzielamy się sportowo, żeby pomóc potrzebującym. Mocno wciągnąłem się w triathlon, bo spodobała mi się idea robienia czegoś dla siebie, a zarazem dla innych. Gdy padł pomysł promocji triathlonu poprzez spektakl, nie trzeba było mnie namawiać. Do przygotowań podszedłem bardzo poważnie, bo we wszystkim, czego się podejmuję, daję z siebie maksimum. Przez 2 lata 3 godziny dziennie trenowałem na basenie i na rowerze. Jak na amatora osiągnąłem w krótkim czasie zadowalający mnie poziom. Zdaniem mojego przyjaciela –  mistrza olimpijskiego Jacka Wszoły – jeśli nie byłbym aktorem, byłbym dobrym sportowcem. Specjalnie dla nas powstał scenariusz „Triathlon Story, czyli Chłopaki z Żelaza”, mówiący o tym, co dzieje się wokół zawodów – o przygotowaniach, emocjach towarzyszących uczestnikom. Z Piotrem Nowakiem, Leszkiem Lichotą i Bartkiem Topą udaje nam się jednocześnie promować triathlon, wywołać śmiech na widowni, a przy tym samemu dobrze się bawić. Ostatnio z nieco inną ekipą powstał drugi spektakl – „Dobry wieczór kawalerski”.

Co by pan doradził młodym artystom?

Waldemar Błaszczyk – Nie wiem, bo sam jestem młodym artystą (śmiech). Mówiąc poważnie, aktorstwo to zawód dla wariatów, ale jeśli ktoś tego chce, to powinien to robić, nie zważając na przeszkody. Jeśli jednak nie jest przekonany, to lepiej się w porę wycofać, bo ta praca bywa niewdzięczna. W tym zawodzie 10 proc. radości wynagradza 90 proc. męki. Według mnie dla tych 10 proc. warto podjąć trud, ale każdy ma inne cele i inne wartości.

Czy miał pan kiedykolwiek marzenia związane z określonymi rolami lub współpracą z podziwianymi twórcami?

Waldemar Błaszczyk – Nie. Każde spotkanie z autorytetami, ludźmi z branży, którzy coś potrafią, zostawia po sobie jakiś ślad. Bardzo cenne było dla mnie spotkanie z panem Wojciechem Siemionem, z którym miałem okazję pracować w szkole, a także z panią Mają Komorowską, która jest tytanem pracy, a przy tym dokładnie wie, czego chce. Cenne było spotkanie z Janem Englertem, który uczył mnie przez 4 lata. Chciałbym zdobywać jak najwięcej różnorodnych doświadczeń i rozwijać się wielotorowo. Mam to szczęście, że praca pozwala mi spotykać wiele ciekawych osób, podoba mi się, że nie ma w niej stagnacji.

Czy oprócz sportu ma pan inne hobby?

Waldemar Błaszczyk – Z zamiłowania jestem stolarzem. Ukończyłem technikum budowlane, żeby mieć pewny zawód, bo nie wiedziałem, czy po szkole średniej będzie mnie stać na studia. Dzięki temu dziś sam jestem w stanie wykonać w mieszkaniu wszelkie prace wykończeniowe. Praktykę zdobywałem we własnym domu, ponieważ nie było mnie wtedy stać na zatrudnienie fachowców. W tej chwili mógłbym sobie pozwolić na zatrudnienie ekipy, ale i tak większość robię sam, bo własnoręcznie wykonana praca daje dużo satysfakcji.

Uwielbiam prace manualne, bo mnie uspokajają, a najchętniej pracuję w drewnie. Z drugiej strony lubię wszelkie aktywności i dobrze się czuję tam, gdzie coś się dzieje. Nie potrafię długo odpoczywać, bezczynność mnie męczy. Jeśli zbyt długo nie mam zajęcia, nosi mnie i zaczynam budować stół, wiatę w ogródku albo budę na zimę dla dzikiego kota, który mieszka obok domu i wpada na obiady (śmiech). Chętnie sam wychodzę z inicjatywą i próbuję wciągnąć innych w projekty, które mogą wnieść coś dobrego. Tak było z akcją pomocy rodzinnym domom dziecka na Dolnym Śląsku, do której zaangażowaliśmy z żoną ekipę z „Na Wspólnej”. Co rok w grudniu zawozimy dzieciom, które miały w życiu mniej szczęścia, przygotowane przez ekipę prezenty świąteczne. Dla mnie to jest sednem świąt.

Śmieję się z siebie, mówiąc, że w sumie to egoistyczne, bo pomagając innym, sam czuję się lepiej.

Rozmawiał Mariusz Gryżewski

Fot. TVN/Radek Orzeł (2) / Łukasz Pniewski/Fotonation.pl

 

 

Udostępnij ten post:



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Powiązane treści
Festiwal im. Jerzego Waldorffa
Festiwal to znane i cenione wydarzenie muzyczne, które ciesz...
Jin Peh
Jestem autorem i współautorem około 14 książek, ale...
Tomasz Kasela
Gabinet Dr Kasela łączy medycynę, naukę i biznes w s...
Rafał Matuszczyk
Formuła wymiany barterowej wywodzi się ze Szwajcarii...
József Váradi
O obchodach 20 lat działalności na rynku przelotów l...