Menu

WOJCIECH MŁYNARSKI – Bez wstrętu patrzę w lustro

15 marca w wieku 76 lat zmarł Wojciech Młynarski. Jako autor śpiewanych felietonów, satyrycznych protest songów i lirycznych utworów zapracował na uznanie wielu pokoleń Polaków. Swoją twórczością prześmiewał absurdy i sławił ponadczasowe wartości, jednym słowem, robił swoje. W 2012 r. mieliśmy przyjemność gościć go na naszych łamach. Dziś przypominamy ten wyjątkowy wywiad.

Często mówi pan w kontekście swojej osoby, że poetą się bywa, że miewa pan natchnienie. Czy w przypadku tak utalentowanego i uznanego twórcy jak Wojciech Młynarski, uważanego przez wielu za mistrza słowa, nie jest to czysta kokieteria?

Wojciech Młynarski – Od prawie 50 lat zawodowo zajmuję się pisaniem tekstów piosenek. Oczywiście zdarza się, że tekst wyjdzie i ma cechy tekstu poetyckiego, ale ogólnie rzecz biorąc, traktuję mój zawód jako rodzaj rzemiosła, do wykonawcy którego dobrze pasuje sformułowanie „tekściarz”. To rzemiosło w naszym kraju jest prawie całkiem zaginione. Jest mi niezmiernie miło, jeśli ktoś uważa mnie za poetę, traktuję to jako komplement, ale powtarzam – i mówię to bez przesadnej skromności – że sam myślę o sobie jako o zawodowym tekściarzu.

Rzemiosło ma jednak wiele wspólnego ze sztuką…

Wojciech Młynarski – Te sfery dopełniają się o tyle, że, wzorując się na wspaniałych dokonaniach naszych wielkich autorów piosenek, tj.: Tuwim, Hemar, Przybora, mogę powiedzieć, że istnieją pewne reguły dobrej konstrukcji tekstu. Musi on nieść pewien przekaz, mieć puentę, która często zawiera się już w tytule. Trzeba to wszystko przemyśleć, uporządkować, pochylić się nad słowem, żeby utwór wyszedł porządnie. I tym się zajmuję.

Skoro przesłanie, to i pedagogiczne zacięcie, żeby przez teksty nie tylko bawić, ale też umoralniać i otwierać oczy?

Wojciech Młynarski – Tekst piosenki, a zwłaszcza „śpiewanego felietonu”, jak ktoś trafnie określił moje utwory, powinien zawierać przesłanki podsunięte inteligentnemu odbiorcy, żeby zaszedł proces myślowy. Tekst piosenki nie może natomiast zastąpić myślenia. Piosenki natrętnie moralizatorskie, które wykładają kawę na ławę, nie są dobre. Wolę teksty, które subtelnie skłaniają do myślenia. Zresztą pisanie piosenek satyrycznych, publicystycznych przez cały okres PRL-u, kiedy istniała cenzura, polegało na znalezieniu sposobu, żeby ominąć istniejące zakazy, żeby dać do zrozumienia, o co chodzi, jednocześnie nie dając podstaw do przyczepienia się przez kontrolę.

Czy w czasach bez cenzury, której pan doświadczył, cokolwiek ogranicza twórcę w wolności słowa?

Wojciech Młynarski – Jedna z definicji mówi, że pojęcie wolności jest jednocześnie wykładnią, czego robić nie należy. W dzisiejszych czasach mamy wiele nagannych, mało ciekawych zjawisk, które w sposób jednoznaczny sprawiają, że człowiek ma do nich taki a nie inny stosunek. Ja gros tych spraw zostawiam innym, co nie znaczy, że nie należy się nimi zajmować. Przeciwnie, trzeba formułować wnioski i podsuwać owe przesłanki pod rozwagę.

Dziś pisze się znacznie trudniej.

Wojciech Młynarski – Kiedyś wystarczyło puścić oko do publiczności, dając sygnał, po której jest się stronie i mówiąc w domyśle: „Wiecie, o co mi chodzi, jestem swój chłopak”. W tej chwili ze wszystkiego trzeba się dokładniej tłumaczyć, wyrażać przekaz precyzyjniej. Przychodzi mi to z większym trudem, co nie znaczy, że takich tekstów nie pisuję. Owszem, pisuję i prezentuję co jakiś czas w tvnowskim „Szkle kontaktowym”, a jednocześnie je sobie składam. Może jak uzbiera się ich więcej i uznam, że są dość interesujące, skomponuje się do nich muzykę i powrócę z nowym recitalem.

Twórca powinien się opowiadać, po której stronie sceny politycznej stoi?

Wojciech Młynarski – Nie. Jeśli twórca jednoznacznie się upolitycznia, to w moim mniemaniu traci jedną z bardzo ważnych cech, mianowicie niezależność. Traci własny punkt widzenia na świat. Oczywiście może zdradzać pewne sympatie, opiniować fakty i wydarzenia, które go złoszczą, drażnią, ale twórczość, nawet satyryczna, nie może mieć jednoznacznej barwy politycznej, bo wtedy traci na wartości.

A jednak te sympatie są nad wyraz czytelne, choćby w pańskim tekście „Wina Tuska”, które to sformułowanie weszło już do języka ogólnego…

Bierze się to stąd, że czynię pewne obserwacje rzeczywistości i pewne rzeczy mi się podobają, a inne nie. Niektóre wydają mi się wręcz absurdalne i wtedy zabieram głos. Tak się akurat składa, że częściej na temat obecnej opozycji, wytykając jej pewne posunięcia, ale jeżeli strona rządząca zacznie postępować w sposób budzący mój sprzeciw, to zaręczam, że nie będę stosował autocenzury i nie oszczędzę jej w swojej satyrze.

Odbierając Złote Berło Fundacji Kultury Polskiej powiedział pan: „W nieodległych, potwornie nudnych czasach socjalizmu starałem się sprawić, by mój odbiorca uśmiechnął się, zaczął myśleć niezależnie i przez chwilę miał świadomość, że socjalizm nas nie dotyczy”. Nadal wieje nudą, czy wreszcie mamy ciekawsze, co nie znaczy lepsze, czasy? Pióro i mikrofon to dobry oręż, by walczyć z głupotą, krótkowzrocznością i absurdami?

Wojciech Młynarski – Kiedyś chciałem przede wszystkim dawać świadectwo rzeczywistości, która mnie otaczała. Do pewnego momentu bardzo interesowała mnie jej warstwa obyczajowa, którą portretowałem, podchwytując różne śmiesznostki i paradoksy. Potem, kiedy nie tylko ja, ale wielu ludzi było przekonanych, że niemożliwe jest coś takiego jak socjalizm z ludzką twarzą, moja twórczość nabrała charakteru ezopowego, gdzie w formie swego rodzaju przypowiastki starałem się ustosunkować do ustroju, w którym żyję.

W chwili, gdy wybuchła wolność, pojawił się odwieczny problem: co z nią zrobić.

Okazało się, że z jednej strony wielu ludzi walczyło o wolność, a z drugiej, równie wielu miało różne o niej wyobrażenia, co doprowadziło do ogromnej polaryzacji i skłócenia, z którym mamy dziś do czynienia. I tu rola autora, żeby pokazać, na czym polega zdrowy rozsądek i perspektywiczne spojrzenie na to, co nas otacza. Kiedyś napisałem, że postawa w naszej rzeczywistości przypomina mi zepsuty telewizor: fonia ryczy, ale wizja całkiem wysiadła. I tej wizji należy się dziś szczególna uwaga. A walcząc o zdrowy rozsądek, warto przy okazji zwalczać przejawy – często kliniczne – głupoty, która bardzo dobrze się miewa i co jakiś czas daje o sobie znać.

Bardziej niż kiedyś?

Wojciech Młynarski – Myślę, że bardziej. Po całej tej transformacji i 20 latach niepodległości mamy bardzo dużo egzemplifikacji społecznej głupoty, podczas gdy gdzieś się zapodziała słynna polska zbiorowa mądrość, która przesądziła o tym, że umieliśmy dokonać takiego przewrotu. Gdzieś się wszystko rozprysło, ale wobec tego tym bardziej trzeba próbować poskładać to z powrotem. Do tego dochodzi niebagatelna sprawa młodego pokolenia – tych, którzy nie pamiętają PRL-u, rodzili się w czasach przemian. O ich umysły należy szczególnie walczyć, bo to oni będą w przyszłości przesądzać o rzeczywistości. A uważam, że kiepsko dziś wychowuje i rodzina, i szkoła. Gdzieś się pogubiły wzorce. Potrzebne są autorytety, ale nie byle jakie. Trzeba ludzi przekonujących, a nie mądrzących się, którzy dla młodych są odpychający.

Skoro jednak autorytety się pogubiły, a głupoty jest więcej, nie mniej, którędy droga do kształtowania światopoglądu kolejnych pokoleń?

Wojciech Młynarski – Jest wiele sposobów, choćby poprzez sztukę. Właśnie obejrzałem wstrząsający, a nie waham się użyć słowa genialny, film Agnieszki Holland „W ciemności” i uważam, że każdy młody człowiek powinien taki film zobaczyć, bo to niezmiernie poruszająca, przekonująca i prawdziwa próba przybliżenia historii, Holocaustu. Sposobów jest wiele, ale przede wszystkim nie może zabraknąć chęci, aby w poważny sposób z młodzieżą dyskutować. Obawiam się, że z tym niestety jest problem.

Choć śpiewa pan: „Oto jest koncept, proszę publiki, godzien szczególnych braw/ jeszcze na szczęście prócz polityki jest kilka innych spraw”, nie stroni pan od komentarzy politycznych. To temat najbardziej inspirujący, niezależnie od czasów?

Wojciech Młynarski – Okres PRL-u postrzegałem od pewnego momentu jako straszliwie nudny. Wszystko było wówczas z góry przesądzone, przypominało pewien rytuał. Nowa rzeczywistość na pewno jest ciekawsza i – jeśli spojrzeć na nią szeroko – bardziej inspirująca. Ja się polityką interesuję, a jeśli nawet się nie interesuję, to na pewno ona interesuje się mną. Dziś polityka potwierdza moje przypuszczenia, innym razem mnie zaskakuje, ale nie jest dla mnie zbyt pociągająca jako temat. Jest wiele znacznie ciekawszych, do których można dotrzeć choćby przez dyskusję. Mam poczucie, że znaczna część polskiej inteligencji po tych wszystkich perturbacjach i przemianach znalazła się w niszy i nie za bardzo zabiera głos. Mam nadzieję, że coś się w tej kwestii zmieni.

Czy teksty osadzone w realiach PRL-u, takie jak „Róbmy swoje”, „Układanka”, „Przyjdzie walec i wyrówna”, nie straciły na aktualności w innym kontekście społeczno-politycznym?

Wojciech Młynarski – Akurat te są może mniej uniwersalne, ale jest sporo tekstów, które zachowują aktualność. Trzeba pamiętać, że przemiany, które zachodzą najwolniej, to przemiany ludzkich umysłów i świadomości. Do tej sfery usiłowałem się odnieść lata temu i niejednokrotnie teksty te, odczytywane dziś w zupełnie innych realiach, brzmią jakby były napisane zupełnie niedawno.

W pół godziny napisał pan dla Skaldów tekst „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, który stał się przebojem. Dobry tekst może powstać na szybko, pod presją czasu?

Wojciech Młynarski – To dobry przykład na to, że wyjątek potwierdza regułę. Czysty przypadek zadecydował o okolicznościach powstania tej piosenki. Akurat była godzina wolnego studia w radiu, a Andrzej Zieliński miał jedną nienagraną melodię, do której brakowało tekstu. Usiadłem i w niecałe pół godziny taki tekst napisałem, ale zasadniczo nie należy tak pracować. Trzeba mieć minimum świadomości, na ile tekst, który się pisze, jest poprawny, czy może należy go odrzucić, bo jest napisany źle. Miałem szczęście współpracować i przyjaźnić się z wielkimi twórcami, jak Agnieszka Osiecka czy Jerzy Dobrowolski, i miałem taką naturę, że jak napisałem jakiś tekst, to niosłem i pokazywałem im, słuchałem ich uwag i wiele się od nich uczyłem.

Nie chciałbym przeistaczać się w wiecznie niezadowolonego dziadka z Muppet Show, który na wszystko narzeka, ale na pisaniu piosenek troszkę się poznałem, bo mija już bez mała pół wieku, odkąd się tym zajmuję, co uprawnia mnie do stwierdzenia, że na ile śledzę współczesny rynek muzyczny, właśnie poprzez teksty piosenek mamy dziś do czynienia z bezwartościową produkcją, która nie przetrwa.

W miejsce jednych szybko sprzedanych piosenek przychodzą drugie, ale ilość nie przechodzi w jakość. Nie wiem, jaka jest tego przyczyna, ale jak nie wiadomo, o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. Te teksty można by napisać dalece lepiej, gdyby tylko dłużej i staranniej popracować nad pomysłem. Sam zawsze piszę teksty od końca, mając w zamyśle gotową puentę – ów „strzał”, który ma zaskoczyć odbiorcę. To początek żmudnej roboty.

Często siedzi się godzinami nad pustą kartką i nic się nie napisze, ale ten trud nie idzie na marne, bo następnego dnia – wierzę w to głęboko – w końcu tę robotę się przyzwoicie wykona.

Nie wiem, czy jestem autorytetem w dziedzinie pisania piosenek, ale mam dorobek i doświadczenie, a nie zdarzyło mi się, żeby przyszedł do mnie młody autor, zwracając się o pomoc, uwagi, wstępną ocenę. Dziś wszyscy sami piszą sobie teksty piosenek, bo uważają, że to najprostsza rzecz pod słońcem – byle by się zgadzała liczba sylab, rymy już nie są konieczne, a o sensie nie wspomnę. Przeraża mnie, że młode pokolenie piosenkarzy i piosenkarek uważa, że wszystko się zaczyna od nich, lekceważąc tradycję i wiele wspaniałych piosenek oraz wykonawców.

No właśnie, brakuje nie tyle wzorców, co chęci, żeby z nich skorzystać i pokory, żeby uznać, że warto sięgnąć po czyjś dorobek.

Wojciech Młynarski – Użyła pani ważnego słowa, bo w sztuce pokora jest niezmiernie ważną cechą. Obserwowana dziś scena muzyczna bardziej niż działalność artystyczną przypomina działalność komercyjno-konfekcyjną, a ta szybko mija. Z osób, z którymi ostatnio współpracowałem, a uważam za ciekawe i wartościowe, wymieniłbym Janusza Szroma i Agnieszkę Wilczyńską, dziś mało znaną, ale wierzę, że już niedługo o niej usłyszymy. Obiecałem, że przyłożę do tego rękę. Już napisałem dla niej piosenki ze świetnymi kompozytorami, a dla obojga 3 lata temu 16 utworów na płytę „Pogadaj ze mną”, do muzyki Włodzimierza Nahornego.

Zatem nie jest tak, że na tekst Młynarskiego trzeba zasłużyć porównywalnym dorobkiem, uznaniem i stażem na scenie muzycznej?

Wojciech Młynarski – Skąd! Jestem otwarty i jeżeli tylko propozycja wydaje mi się interesująca, bardzo chętnie się zaangażuję. Sam dobrze pamiętam, że kiedy startowałem, mając 21 lat, ludzie z uwag których korzystałem, jak Jerzy Wasowski, Edward Dziewoński, byli ode mnie bez mała po 20 lat starsi. Bardzo wiele z tej współpracy wyniosłem.

Komu ufa pan na tyle, że dopuszcza do nowo napisanego tekstu i czeka na krytyczne uwagi?

Wojciech Młynarski – Zawsze pokazuję teksty różnym ludziom, którzy mnie otaczają, bo jestem ogromnie ciekawy pierwszej reakcji. Co więcej, zawsze biorę pod uwagę opinie krytyczne i nie obstaję przy swoim, tylko się nad nimi zastanawiam, bo uważam, że to jedyna słuszna droga uprawiania tego zawodu.

Łatwiej jest pisać dla siebie czy na zlecenie innego artysty?

Wojciech Młynarski – To akurat ma niewielkie znaczenie, bo w obu przypadkach staram się wykonać swoją pracę w sposób najprzyzwoitszy. Nie robię tu różnicy. Zawsze poprzeczkę stawiam sobie wysoko i staram się coś swoim tekstem wnieść. Pisząc na obstalunek, staram się równie mocno. Ostatnio pisałem dla Ireny Santor, która zaśpiewała w swoim życiu setki piosenek, ale i tak zależało mi, żeby to było coś, jak mawiają młodzi, ekstra, więc przyłożyłem się jak tylko mogłem. Było o tyle łatwo, że pisałem do muzyki Seweryna Krajewskiego.

Zdarza się, że wykonawcy grymaszą i wybrzydzają, czy przyjmują bezkrytycznie napisane przez pana teksty, uznając za pewnik, że są dobre, jak ostatnio Michał Bajor przy pracy nad albumem „Od Piaf do Garou”?

Wojciech Młynarski – Oczywiście, zdarza się, że trzeba z wykonawcą podyskutować, poczynić pewne zmiany. Nieraz wspominam, jak bardzo ważny dla mnie tekst „W Polskę idziemy”, napisany dla Gołasa, poprawiałem wiele razy. Ważne, żeby mieć w sobie chęć i wiarę, że to się poprawić da. Kompromisy są potrzebne, pod warunkiem, że zmierzają w konstruktywnym kierunku. Procentowo rzecz ujmując, ci, dla których pisałem sporo, na przykład Halina Kunicka, Ala Majewska, czy właśnie Michał Bajor, na ogół brali ode mnie piosenki bez dyskusji, nagrywali je i efekt był udany.

Mówi pan, że ze sceną muzyczną jest w Polsce nie najlepiej. Z kabaretem XXI wieku jest podobnie? Dlaczego dziś śmieszy co innego, a żarty serwowane ze sceny często pozostawiają wiele do życzenia?

Wojciech Młynarski – Uważam, że kabaret jest dziś na skandalicznym poziomie. Nie oglądam za dużo, bo nie chcę się denerwować, ale jak mi się zdarzy, to wulgaryzmy i chamstwo, które przebija z tekstów, prezentowanych przez kompletnych amatorów, wystarczająco mnie odstraszają i wystarczają, bym wyrobił sobie opinię. Najbardziej przeraża mnie jednak publiczność, która z tych żenujących żartów rechocze, bo trudno to nazwać śmiechem. Ale cóż, popyt napędza podaż. Pamiętam widownię ze swoich recitali – wrażliwą, chłonną, inteligentną. Dziś takich ludzi na salach nie widuję. Właśnie pracuję nad tekstem „Wymiana twarzy”, w którym piszę, że gdzieś mi zginęły dawne twarze, a w ich miejsce pojawiły się nowe, których nie rozpoznaję i nie rozumiem. Na pewno są autorzy, którzy mogliby napisać dobry program kabaretowy, i wykonawcy, którzy podołaliby zadaniu, ale za to telewizja musiałaby sporo zapłacić, a podejrzewam, że ci, jak mawiał Jerzy Dobrowolski, zawodowi amatorzy, kosztują niewiele.

A jak podoba się panu to, co młodzi robią z pana repertuarem, nagrywając własne interpretacje, zwłaszcza Raz Dwa Trzy i Młynarski plays Młynarski pod wodzą pana syna? Jest pan zadowolony z efektów?

Wojciech Młynarski – Generalnie tak. Najbardziej cieszy mnie, że w ogóle po ten materiał sięgnęli i mieli pomysł na własną wersję. Zrobili to po swojemu i oczywiście niektóre rzeczy podobają mi się bardziej, inne mniej, ale nie mam nic przeciwko, żeby interpretować na swój sposób teksty, które są powszechnie znane. Nie wtrącałem się ani w pracę Raz Dwa Trzy, ani w projekt Janka, dając im całkowicie wolną rękę.

Ma pan imponujący dorobek tłumaczeń piosenki francuskiej i rosyjskiej, musicali. Co fascynuje pana w twórcach, których repertuar bierze pan na warsztat?

Wojciech Młynarski – Do tej pory tak ładnych i ciekawych piosenek, jak te, których przekładu się podjąłem, nie spotykam, więc zwracam się w kierunku tego, co mi się podoba u zagranicznych twórców: Brela, Brassensa, Wysockiego, Okudżawy, Sinatry.

Co składa się na sukces przekładu, które w pana przypadku niejednokrotnie uważa się za lepsze do oryginałów?

Wojciech Młynarski – Do tej pory nie wiem. To sprawy czysto intuicyjne. Jest coś takiego jak duch tekstu, jakaś jego metafizyka, którą trzeba oddać w języku polskim. Właśnie oddać, a nie przetłumaczyć, bo chodzi o zachowanie sensu, często na zupełnie innych przykładach, zgodnie z maksymą Juliana Tuwima, że przekład jest jak kobieta: jak piękny to nie wierny, jak wierny to nie piękny. Przede wszystkim biorę na warsztat teksty, które mnie fascynują, bliskie sercu, a jak wiadomo, praca zrodzona z pasji daje najlepsze efekty.

Uczucia w pana twórczości są przedstawione bez zbędnego sentymentalizmu i ckliwości, zachodów słońca, splecionych rąk i spacerów po plaży, za to mocno osadzone w szarej codzienności. Jaka jest ta „polska miłość”, podglądana i podsłuchiwana w zwykłych sytuacjach? Dziś taka sama jak 40 lat temu?

Wojciech Młynarski – Wydawało mi się, że ciekawie jest opowiadać o ludzkich uczuciach, które są konkretnie usytuowane: na wczasach, w barze, w pociągu, że to im dodaje prawdy. Oprócz prawdy o uczuciach chciałem przemycić w warstwie reportażowej swoich tekstów trochę prawdy o czasach. Ponieważ nie chciałem stosować bez przerwy tego samego klucza formalnego, w późniejszym okresie próbowałem innych form ujmowania miłości w piosence, choćby w lirycznym cyklu „12 godzin z życia kobiety”, napisanym dla Kunickiej. Dziś, patrząc na cykl napisany ostatnio dla Szroma i Wilczyńskiej na płytę „Pogadaj ze mną”, opowiadam o miłości jeszcze inaczej. Cały czas szukam, eksperymentuję, żeby pokazać, że uczucie łączące dwoje ludzi jest na tyle szerokie i złożone, że nie da się go łatwo zaszufladkować, a różne formy wyrazu jedynie oddają to bogactwo. Przynajmniej się do niego przybliżają.

Jakie skojarzenia wywołuje u pana hasło „Ogrody dzieciństwa”, będące jednym z tytułów z płyty. Jak pan wspomina ten okres śmiejących nasturcji, smaku malin, pachnącego chleba z matki rąk i za czym pan najbardziej tęskni?

Wojciech Młynarski – Na ten temat można by napisać książkę. Miałem szczęście spędzać dzieciństwo w dużym domu w Komorowie, pełnym rodziny i innych ludzi, których ów dom przytulił i przygarnął pod swój dach. Pamiętam jego artystyczną atmosferę. To był dom pełen muzyki. Siostra mojej mamy, Maria Kaczurbina, była świetną kompozytorką piosenek dla dzieci, moja mama kończyła klasę śpiewu i zajęcia odbywały się w domu. W naszych murach rozbrzmiewały piękne pieśni, odbywały się koncerty chopinowskie i melorecytacje do akompaniamentu fortepianu. Myśmy to wszystko jako małe dzieci obserwowali i przeżywali, co niewątpliwie wywarło na mnie wpływ i ukształtowało mnie jako człowieka.

W piosenkach często pisze pan o symbolach z dzieciństwa, choćby tytułowych truskawkach z Milanówka, których „czar nie zniknął i nie przepadł”. Takie obrazki pozwalają dłużej przetrwać przechowywanym w pamięci wspomnieniom?

Wojciech Młynarski – W Milanówku, niedaleko mojego rodzinnego domu, mieszkała moja ciotka, u której rzeczywiście były podawane truskawki, a ich smak pamiętam do dziś. Podobnie jak utrwaloną w tekstach jabłoń w ogródku i inne sceny z tamtego okresu. Takie obrazki niewątpliwie przenikają do dorosłego życia, zapatrywań i tego, co się robi.

Patrząc z perspektywy 70 przeżytych lat i ponad 40 lat aktywności zawodowej, zmieniłby pan coś, czy obrałby pan dokładnie tę samą drogę?

Wojciech Młynarski – Nic bym nie zmienił. Była i ciągle jest to droga trudna, ale ciekawa, na swój sposób nawet pasjonująca. Pamiętam, jak moja nauczycielka języka polskiego, u której zdawałem maturę, już wtedy przejawiając zainteresowanie pisaniem i próbując sił w poetyckich formach, mówiła mi: „Wojtek, nie zmarnuj talentu”. Dziś uważam, że posłuchałem jej rady, ale jednocześnie stwierdzam, że talent to zaledwie mały procent, a reszta – ciężka praca.

Co zaprowadziło pana w miejsce, w którym jest pan dziś – przypadek, przeznaczenie, talent, a może właśnie ciężka praca?

Wojciech Młynarski – Praca na pewno zrobiła swoje, ale wiele zależy może nie tyle od przypadku, co szczęśliwych okoliczności, splotów zdarzeń, które miały miejsce, zwłaszcza na starcie, kiedy postanowiłem opuścić kabaret studencki i zauważył mnie Dziewoński, zapraszając do współpracy z Dudkiem, kiedy zainteresowała się mną Agnieszka Osiecka i wciągnęła mnie do radiowego studia piosenki, gdzie z kolei poznałem Kalinę Jędrusik, która nagrała moją piosenkę „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną”. Takie zbiegi okoliczności są potrzebne, ale im dłużej człowiek żyje, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że esencją twórczości, bez gwarancji sukcesu, jest ciężka, uczciwa praca w tym kierunku.

Czy cokolwiek jest jeszcze w stanie pana zaskoczyć, gdy patrzy pan na zmieniające się realia, czy uodpornił się pan już na absurdy i wie, że „niejedną jeszcze paranoję/przetrzymać przyjdzie, robiąc swoje”?

Wojciech Młynarski – Zapewne niejedno jeszcze mnie zaskoczy. Ktoś bardzo mądrze powiedział, że dopóki życie nas zadziwia, dopóty mamy szansę przeżyć coś ciekawego, nie zapadając się biernie w fotel. A może przyjdzie nam przeżyć również przeciwieństwo paranoi, coś, co pozwoli się przekonać, że są w tym społeczeństwie jeszcze jakieś moce, które się nagle objawią?

„Przez kolejne grudnie, maje każdy goni jak szalony/a przed nami pozostaje sto okazji przegapionych”. Ma pan poczucie takich zaległości nie do nadrobienia, o których traktuje piosenka „Jeszcze w zielone gramy”?

Wojciech Młynarski – Chyba każdy człowiek, który żyje w miarę świadomie, zdaje sobie sprawę, że musi dokonywać wyborów. Coś przyjmuje, a coś innego w tym samym czasie mu umyka.

W tym samym tekście nawołuje pan „bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją”. Uważa się pan za odważnego twórcę, człowieka?

Wojciech Młynarski – Nie mnie o tym przesądzać. Moja odpowiedź brzmiałaby nieskromnie. Powiem tak: napisałem bardzo dużo tekstów, w tym masę nieudanych, po prostu słabych, ale chyba nie mam w dorobku tekstu wrednego, obrzydliwego, świadczącego o tym, że komukolwiek się podlizuję. To, co do tej pory zrobiłem, pozwala mi bez wstrętu patrzeć w lustro przy goleniu.

Dziś z równym przekonaniem i mocą powtarza pan słowa „Jeszcze w zielone gramy”?

Wojciech Młynarski – Tak, cały czas mam nadzieję, że coś się w tym naszym świecie zmieni na lepsze. Ale powiem pani jedno: na to nie można czekać z założonymi rękami. Nadzieję należy nie tylko mieć, ale dla tej nadziei powinno się coś robić. Mam taką prostą teorię o szczęściu, że polega ono na czynieniu codziennie choćby jednego kroku w kierunku pewnego wyobrażenia, do którego dążymy. To ciągła droga, wymagająca aktywności. Trzeba cały czas robić swoje, głosić swoje przekonania, by ta droga się realizowała. Wierzę, że ludzie, o których mówiliśmy, że się gdzieś pochowali i dali zastąpić przez rechoczące twarzyczki, odnajdą się. Może nie wszyscy wyjechali?

Czy mimo że „trafiają się nieźli trutnie”, jak śpiewa pan w piosence „Absolutnie”, ludzie dają się lubić? Cały czas „gna pan do ludzi”?

Wojciech Młynarski – Odpowiem krótko, tak jak śpiewam: „Absolutnie, absolutnie”. Strasznie teraz uproszczę, ale uważam, że w każdym człowieku jest choćby mała, jasna plamka, tak jak napisałem w piosence „Ogrzej mnie”: „Zamień mnie w cząsteczkę słońca/ niech świeci w mroku, niech rozjaśnia dni parszywe”. Tyle że często nawet nie wiemy o jej istnieniu, dopóki ktoś nie zwróci nam uwagi, że tkwi w nas dobro. W tym znaczeniu, owszem, gnam do ludzi, próbując im to powiedzieć.

Wspomniał pan, że pisze pod gotową puentę. Wprawdzie wywiad to nie piosenka i nie było z góry założonej puenty, ale może jakaś się panu nasuwa?

Wojciech Młynarski – W wymyślaniu puent nie jestem aż tak szybki, ale ponieważ w mnóstwie moich tekstów mówię o nadziei, a i teraz ten temat się przewijał w czasie rozmowy, to na koniec wyrażę apel, żeby nie pozostawać biernym i pracować dla nadziei.

Rozmawiała: MAŁGORZATA SZERFER-NIECHAJ

Fot. Michał Gmitruk (1), archiwum prywatne W. Młynarskiego (1), Zenon Żyburtowicz (2)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020