Menu
Sławek Wierzcholski

Sławomir Wierzcholski – życie pisane nutami

Przyczynkiem do naszej rozmowy jest… herbata. A konkretnie nazwy herbat, które pan Sławomir Wierzcholski dostaje ode mnie w przedświątecznym prezencie – „Chopin” i „Czarna fantazja”. Wybrane nieprzypadkowo – obie nawiązują do muzyki i są pretekstem do zapytania o to, co gra w duszy jednego z najbardziej znanych polskich bluesmenów, założyciela kultowego zespołu Nocna Zmiana Bluesa, wirtuoza harmonijki. Spotykamy się pod koniec grudnia w jednej z warszawskich kawiarni. Wywiad jest nietypowy, bowiem w rolę dziennikarza „pomocniczego” wciela się również znakomity fotograf – Zenon Żyburtowicz, który tego dnia realizuje sesję zdjęciową z naszym bohaterem. Panowie poznali się 19 lat wcześniej – również podczas sesji.

Paulina Mróz: Nazwa jednej z wręczonych przeze mnie herbat nawiązuje do pierwszego pytania, jakie chciałam Panu zadać: ile tej czarnej, bluesowej fantazji jeszcze w Panu jest – czy jest to źródło, które się nie wyczerpuje?

Sławomir Wierzcholski: Chciałbym, żeby było jej jak najwięcej – myślę, że wybór drogi życiowej, decyzja o zostaniu muzykiem i to nie w instytucji, jak np. filharmonia, tylko jako lider własnej formacji, wymaga posiadania fantazji. Podjąłem decyzję, że będę zawodowo zajmował się muzyką, w roku 1986 – wcześniej pracowałem przez 3 lata w studium nauczycielskim, uczyłem angielskiego w szkole żeńskiej – co było czystą przyjemnością – byłem wtedy pasjonatem tego języka. Stwierdziłem jednak, że chcę się utrzymywać z muzyki.

Sławomir Wierzcholski

Fot. archiwum S. Wierzcholskiego

Świeżo po ślubie pojawiła się taka możliwość i perspektywa, więc z niej skorzystałem. Nie lubię wspomnień „kombatanckich”, ale pamiętam czasy kartek na żywność – ja byłem w tamtym momencie człowiekiem bez etatu, bo zrezygnowałem z pracy w szkole, miałem problem z ich odbiorem, nie chciano mi również założyć konta w banku. To były specyficzne czasy. I to właśnie moja fantazja spowodowała, że wybrałem taką a nie inną drogę życiową, która mi cały czas towarzyszy. Oczywiście jest trochę tak, że teraz już nie mam możliwości zmiany tej ścieżki – wszedłem w te tryby muzyczno-organizacyjne na tyle głęboko, że trudno byłoby to zmienić.

P.M.: Czy łatwo jest siedzieć całe życie muzyczne w jednej szufladce?

Sławomir Wierzcholski: To jest naprawdę świetne pytanie. Ja się nie zająłem muzyką, zająłem się bluesem – tylko on budził we mnie takie emocje. Dlatego chciałem w ogóle być muzykiem, żeby tworzyć ten konkretny gatunek. I w tę szufladkę sam się wpakowałem, ale muszę przyznać, że obecnie zaczyna mnie ona trochę uwierać. Przypuszczam, że dlatego, że się rozwijam – bagaż tego, co przeczytałem, czego nauczyłem się muzycznie, powoduje, że ramy jednej stylistyki, jaką jest blues, trochę mnie ograniczają. Na przykład niedawno zorganizowano konkurs na piosenkę na 100-lecie ZAiKS-u. Ku mojemu zaskoczeniu mój utwór znalazł się w gronie nagrodzonych, mimo że jest zupełnie niebluesowy. To była próba wyjścia z tej szufladki i takich prób podjąłem więcej: stworzyłem np. muzykę do musicalu dla dzieci – bardziej folkową. Pewne rzeczy dostrzega się po latach: wcześniej najpiękniejszą muzyką na świecie był blues, teraz myślę, że pogłębienie wiedzy muzycznej, poszerzenie świadomości, że harmonia może być czymś tak pięknym i bogatym, powoduje, że chciałoby się z tej niszy czasem wyjrzeć. Ale to nie oznacza z drugiej strony, że chciałbym „zdradzić” bluesa.

P.M.: Co w Pana duszy gra oprócz tego „smutnego” bluesa, czy prywatnie ma Pan chęć i okazję słuchać czegoś innego? 

Sławomir Wierzcholski: Muszę sprostować – blues nie jest według mnie muzyką smutną – proszę choćby spojrzeć na zespół Blues Brothers: to jest emanacja radości. Chodzi tu raczej o pewną harmonię i melodykę – to jest dla mnie to, co definiuje ten gatunek. Ale jeśli słucham czegoś dla relaksu, to – jako mimo wszystko muzyczny konserwatysta – wybieram jazz, najchętniej z lat 50–60: Lester Young, Oscar Peterson – to jest muzyka, która może mi towarzyszyć w tle i powoduje, że się dobrze czuję, a jednocześnie nie wymaga skupienia. Jeśli słucham np. nagrań harmonijki ustnej, to ona uniemożliwia mi relaks, bo zaczynam się zastanawiać, co ten muzyk tam zagrał, jaki to jest patent (śmiech). Zaczyna się analiza. Więc te piękne brzmienia – w przypadku saksofonistów: przydech – czy ciepłe nagrania analogowe – to jest coś, co doceniam.

Zenon Żyburtowicz: Jak wspomniałeś, lubisz wyglądać ze swojej szufladki i próbować różnych smaków i to się wszystko mieści w ramach poszukiwań twórczych.

Sławomir Wierzcholski:  Teoretycznie tak, ale zdarza mi się np. że ktoś mnie namawia „posłuchaj Ariany Grande, bo tego teraz młodzi słuchają” – więc zgadzam się, przesłuchuję i… w ogóle mnie to nie rusza. Nie chcę tego słuchać, choć wiem, że powinienem, żeby nie zostać wyizolowanym. Dlatego bardzo się staram nie mówić, jak niektórzy moi starsi koledzy, którzy twierdzą, że znają całą muzykę i że to, co najpiękniejsze, już było, bo mam wrażenie, że będziemy wtedy śmieszni. Wiadomo, że wszystko, gdy byliśmy młodzi, wydawało nam się najbardziej wartościowe, ale świat idzie do przodu.

P.M.: Lepiej się Panu gra własną muzykę czy covery?

Sławomir Wierzcholski: Zdecydowanie własną. Zaczynałem od grania coverów moich mistrzów – poza tym nic mnie nie interesowało, i nawet jak ktoś mi proponował stworzenie czegoś własnego, osobistego, mówiłem: „po co – są tak piękne piosenki, które mogę po prostu zagrać po swojemu”. Inna sprawa, że nie do końca robiłem to po swojemu – chyba bardziej starałem się zbliżyć do ich ideału. Do dziś uważam, że nikt nie zaśpiewa piękniej niż Brownie McGhee, jeden z moich idoli. Ale z czasem dojrzałem i walor otworzenia się przed słuchaczami, pokazania własnego wnętrza, wydał mi się bardziej istotny. Poza tym od dłuższego czasu jestem też twórcą nie tylko muzyki, ale również tekstów. Nieskromnie porównam się do Jacka Skubikowskiego – obecnie robię coś podobnego. W Stanach normalne jest, że tzw. songwriter pisze i muzykę, i teksty – jest to naturalne. U nas natomiast nie jest to przyjęte. Oczywiście fachowcy od pisania tekstów mogą to zapewne zrobić lepiej, ale jeśli wychodzi to od jednego człowieka, to może być bardziej interesujące, spójne, osobiste.

P.M.: Czy musiało się wydarzyć coś szczególnego, żeby nastąpił u Pana taki przeskok do własnego tekstu, własnej muzyki – odstawienie utworów mistrzów na półkę?

Sławomir Wierzcholski:  W moim przypadku był to bardzo konkretny moment – 1990, może 1991 rok, z Nocną Zmianą Bluesa graliśmy koncert plenerowy w Sandomierzu. Na rynku zebrało się mnóstwo ludzi, blues był wtedy bardzo popularny, przyszło naprawdę mnóstwo słuchaczy. Śpiewałem po angielsku, jak wspomniałem, jest to język bardzo mi bliski. Jak zwykle tłumaczyłem publiczności przed utworem, o czym on jest, o czym śpiewam, i nagle dosłownie do mnie doszło: Sandomierz, piękne historyczne miasto, a ja tu z tym angielskim. To mi się wydało sztuczne, nieestetyczne w jakimś sensie.

Żeby coś sensownego przekazać, nie robi się tego ot tak – więc najpierw zacząłem od tłumaczeń: opublikowałem 4 zbiorki tekstów moich ulubieńców amerykańskich, potem zacząłem coś pisać sam, najpierw z… Rafałem Bryndalem, znanym dziennikarzem – notabene moim kolegą z ogólniaka. Próbowaliśmy razem coś tworzyć, a potem przysiadłem do tego sam. I pierwsza płyta – „Chory na bluesa” z Nocną Zmianą Bluesa – to były moje teksty, moja muzyka, potem była płyta z zespołem Dżem, też w całości z moimi tekstami i muzyką. A teraz, paradoksalnie, po latach zacząłem współpracować z innymi twórcami.

P.M.: W takim razie, który tekst jest Pana ulubionym? Albo który własny utwór?

Sławomir Wierzcholski: Chyba troszkę nieporadny, ale bardzo emocjonalny „Chory na bluesa”, gdzie wykrzyczałem, jak ja za tą muzyką szaleję. Teraz, być może, bym tak nie napisał, bo jest to trochę nieudolne w sensie czysto warsztatowym, ale tym utworem zamykam wszystkie koncerty z Nocną Zmianą Bluesa – nawet gdybym nie chciał, to muszę, bo publiczność się tego głośno domaga i wykrzykuje ten tekst z nami (śmiech).

P.M.: Czy uważa Pan, że profesjonalizm jest bardziej cenny niż ta, czasem nieudolna, świeżość?

Sławomir Wierzcholski: Staram się być „świeży” i nie zatracić spontaniczności, a przede wszystkim nie robić tego dlatego, że muszę. Nigdy nie mówię „idę do pracy” – mówię: „jadę na koncert, wyjeżdżam w trasę”. Wiem, że to może brzmi pompatycznie, że mówi się to, co wypada, ale tak naprawdę jest, że każdy koncert jest ważny, nawet jeśli grono odbiorców jest niezbyt liczne. Mieliśmy takiego menedżera, który specjalizował się w załatwianiu nam koncertów w małych miejscowościach, nawet na wsiach. Publiczność nas nie znała, na początku nie wiedziała, co to będzie, a później był szał, wspólne klaskanie, wspólny śpiew. To naprawdę dodaje skrzydeł – świadomość, że można unieść kogoś siłą muzyki. Jeśli jest się wykonawcą znanym z telewizji, z jakiegoś aktualnego talent show – to bardzo dużo daje, działa na odbiorcę, tymczasem nas telewizja teraz zaniedbuje i jest nam trudniej przebić się do potencjalnych słuchaczy.

Wierzcholski Sławomir

Fot. Z. Żyburtowicz

Dlatego uważam, że nawiązanie kontaktu i wywołanie takich emocji jest naprawdę czymś niezwykle cennym. Blues to nie muzyka intelektu, tylko płynąca z serca do serca. Można mieć najwyższe umiejętności instrumentalne, ale nie osiągnie się tego efektu, jeśli nie włoży się w to emocji. Równocześnie ważne jest niezatracenie tej wrażliwości, którą się kiedyś „zaraziłem”, spontaniczności i świeżości oraz nierobienie tego dlatego, że muszę.

P.M.: Nawiązując do emocji i serca – jakie były Pana największe muzyczne wzruszenia?

Sławomir Wierzcholski:  Jesteśmy bardzo aktywni – przez 37 lat gramy bez żadnej przerwy, przez 28 lat graliśmy ok 100 koncertów rocznie, obecnie jest ich mniej, ale nadal naprawdę sporo. Koncertów wzruszających było sporo, ale myślę, że te chwile najdłużej zapadające w pamięć i chwytające za serce to spotkania z mistrzami, takimi dla mnie niemalże nierzeczywistymi. Za komuny, jak do nas przyjechał BB King, którego znało się tylko z płyt, to było więcej niż spełnienie marzenia. Najważniejszą postacią był dla mnie zawsze Charlie Musselwhite – pod wpływem jego wykonań poważnie zająłem się harmonijką ustną. Kiedy zagrał na mojej płycie, byłem niesamowicie wzruszony. Myślałem, że będzie mu trzeba nie wiadomo ile zapłacić, tymczasem on powiedział: „Nie! Wiem, ile zrobiłeś dla bluesa”, to było bardzo miłe – wtedy byłem tak wzruszony, że pod jakimś pretekstem wyszedłem, choć taki miękki nie jestem i się tak łatwo nie emocjonuję.

P.M.: Trudno być wirtuozem? Pytam oczywiście w kontekście Pana wirtuozerii.

Sławomir Wierzcholski: Wejść na jakiś poziom muzyczny jest oczywiście trudno, ale jeszcze trudniej jest go utrzymać. Trzeba ćwiczyć, a nie ukrywam, że trochę mi się już nie chce. Oczywiście, najintensywniej ćwiczę, jak mam nagranie – jeśli tego nie zrobię, to może słuchacze tego nie usłyszą, ale ja to czuję. Dlatego staram się nie zaniedbywać tego tematu. Natomiast jeśli chodzi o harmonijkę, to moi uczniowie, a wykształciłem kilkunastu, są znacznie lepsi ode mnie w sensie czysto technicznym, a nawet sami prowadzą warsztaty. Napisałem przed laty 2 podręczniki, prowadziłem kursy wakacyjne np. w Bolesławcu, Zakrzewie, to były znane imprezy. Teraz przejął to internet – są np. warsztaty prowadzone za pośrednictwem Skype’a. Siedzimy prawie twarzą w twarz, można wszystko pokazać. Więc ta wirtuozeria zeszła dla mnie na drugi plan. I nawet świadomie staram się nie popisywać się jakimiś „szybkościówkami”, tylko zwrócić uwagę na to, co w harmonijce jest najpiękniejsze, czyli brzmienie. Brzmienie jest najważniejsze w każdym gatunku muzycznym i w przypadku każdego instrumentu.

P.M.: Odnajduje się Pan w tym Skypie, w realiach internetowych?

Sławomir Wierzcholski: Oczywiście – mam kolegów w moim wieku, którzy nie potrafią odebrać smsa i się tego nie wstydzą, a ja bym się wstydził. Poza tym zawsze starałem się być z komputerami na bieżąco, bo chciałem mieć kontakt z córkami, no i wiadomo że jest to jedna z ważniejszych płaszczyzn porozumienia z młodszym pokoleniem. Myślę, że obecnie nieumiejętność posługiwania się komputerem, to rodzaj, brzydko mówiąc, analfabetyzmu, który utrudnia życie nie tylko temu analfabecie, ale też jego otoczeniu. Np. kolega pisze teksty, ale tylko długopisem na papierze i ja muszę za niego przepisywać.

P.M.: Czyli bycie legendą nie oznacza świadomego zamykania się w przestrzeni nakreślonej długopisem?

Sławomir Wierzcholski:  Hm… bycie legendą – ta nazwa jest chyba dla mnie nieco niezręczna, choć oczywiście miła i często się z nią spotykam. Wydaje mi się, w nawiązaniu do wiersza Adama Asnyka, że „Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. A nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę”.

P.M.: Czy Pana słuchacz czy widz na przestrzeni lat się jakoś zmieniał?

Sławomir Wierzcholski: Niestety tak – kiedy zaczynaliśmy grać w latach 80., jeszcze trochę nieudolnie – dla bluesa to były naprawdę dobre czasy. Popularni byli Blues Brothers, w Polsce spory sukces święciła Elżbieta Mielczarek, to była muzyka modna. I powiedzmy krótko – niestety nasza publiczność starzeje się wraz z nami. Przybywa nowa, czyli dzieci czy nawet wnuki tych, którzy nas wtedy słuchali, ale jest ich niewiele i to jest trochę przykre. Z drugiej strony historia bluesa, nie taka znowu długa, to jest sinusoida: były wzloty, były upadki. Teraz jest gorzej, ponieważ, jak wiadomo, to media kreują pewne rzeczy. Ale zawsze przecież było tak, że istniała muzyka pop oraz muzyka dla bardziej wyrafinowanych odbiorców/słuchaczy. Czy był to jazz, czy blues – wydaje mi się, że teraz jest lekka zapaść, ale historia tej sinusoidy się powtarza. Kiedy zaczynaliśmy nie było również tylu muzycznych gatunków – ot choćby heavy metalu, hip-hopu, techno, disco-polo, to są gatunki, które powstały niedawno, więc ci, którzy szukali kontaktu z muzyką ekspresyjną, improwizowaną, szczerą i nieuładzoną, z czasem przyszli na koncert bluesowy, nawet jeśli nie było to koniecznie to, co im w duszy grało.

P.M.: Powiedział Pan, że blues nie musi być smutny, ale w samą nazwę wpisana jest refleksyjność.

Sławomir Wierzcholski: Refleksyjność z pewnością, ale moją muzykę określiłbym jako pogodną. Co nie znaczy, że jest płytka. Refleksyjna staje się też coraz bardziej z wiekiem. Kiedyś zrobiłem płytę w duecie z Wojciechem Karolakiem – to jest dopiero legenda! I on mi zrobił dużą przyjemność, mówiąc z taką aprobatą: słuchałem Twoich tekstów w trakcie nagrań i myślę, że Ty jesteś taką pogodną osobą, tymczasem te teksty są zanurzone w refleksji. Być może moje refleksje nie są zbyt głębokie, bo dotyczą najczęściej upływu czasu, co pewnie nie jest szczególnie odkrywcze, ale na pewno są efektem moich odczuć i przemyśleń.

P.M.: Odniosłam podobne wrażenie – że jest Pan pogodną postacią, choć w niektórych tekstach wybrzmiewa zmęczenie – czasem koncertami, czasem niedojechaniem gdzieś na czas, trochę kobietami, przemyca Pan mikro smutki.

Sławomir Wierzcholski: Powiem tak: na początku działalności Tadeusz Nalepa – wybitna postać – namówił mnie na współpracę z Bogdanem Loeblem. Powiedział, że może mnie z nim skontaktować i że Loebl coś dla mnie napisze. Do głowy by mi nie przyszło, żeby tak wybitny twórca mógł pisać dla mnie, właściwie debiutanta! Poznaliśmy się z Bogdanem, zaprzyjaźniliśmy się, nagrałem kilka piosenek z jego tekstami, ale odnoszę wrażenie, że on patrzy na życie przez pryzmat dwóch maksym: „życie jest trudne, a na jego końcu jest śmierć”, co jest oczywiście prawdą, a drugą – że „poezja nie powinna życia ułatwiać, tylko utrudniać”.

Od niego właśnie wiele się nauczyłem w sensie technicznym, warsztatowym, to jest wspaniały gość. Niemniej jednak takie spojrzenie na życie jest mi całkowicie obce. To prawda, że życie jest trudne i uwiera, tylko, do cholery, po co o tym jeszcze gadać (śmiech). Ja nie uprawiam poezji – to są teksty, choć mają pewne elementy poetyckie, zwrot „chory na bluesa” jest zwrotem czysto poetyckim, ale nie chciałbym ludziom utrudniać życia. Teraz wyszła książka o Bogdanie, który poświęcił mi w niej dużo miejsca – także podkreślając wzajemną sympatię. Być może dlatego, że tak wielkie wrażenie zrobiły na mnie jego teksty do muzyki Nalepy, pomyślałem sobie, że moje muszą być inne, żeby tego nie kopiować. Nie wynikało to z kalkulacji, tylko z tego, że byłoby to nieprawdziwe, nieautentyczne, gdybym robił to inaczej.

Z.Ż.: Ja chciałbym ze swojej strony dopytać Cię jeszcze, Sławku, co Cię pociąga w ludziach? Bo przecież dla nich tworzysz – artysta bez publiczności nie istnieje, żaden nie tworzy do szuflady.

Fot. archiwum S. Wierzcholskiego

Sławomir Wierzcholski: Lubię publiczność na koncertach, zwłaszcza w domach kultury, gdzie przychodzą często osoby, które czasem mogą mnie w ogóle nie znać, ale uważają, że należy na koncerty chodzić – zwłaszcza we wspomnianych wcześniej małych miejscowościach. Publiczność emocjonalną, która spontanicznie reaguje na moje propozycje – kiedy namawiam do klaskania, klaszcze, gdy zachęcam do wspólnego śpiewania – śpiewa, a gdy opowiem coś refleksyjnego, słucha z uwagą i w ciszy. Jeśli można na publiczności grać tak, że zainteresuje się ją jakimś tematem – np. gdy mówię o emigracji, bo mam za sobą sporo podróży po świecie, czuję zadumę słuchaczy i refleksję, to jest to coś pięknego. Napisałem m.in. utwór „Polski blues” – opowiadam o bluesie jako o tęsknocie za ojczyzną i uważam go za jeden lepszych moich tekstów – cieszy mnie, gdy publiczność wczuwa się w jego klimat.

Lubię zatem publiczność podobną do mnie – pogodną, która potrafi się bawić, ale nie w mało finezyjny sposób. Pokazującą różne strony osobowości – z taką mam najlepszy mieć kontakt. Zdarza się np. że gramy na zlotach motocyklistów, kiedyś było tego całkiem sporo, co przy naszym instrumentarium wcale nie jest takie proste – wszak nie jesteśmy zespołem hardrockowym – a jednak wśród tych wszystkich twardzieli w skórach, którzy wypili już trochę piw czy whisky, też trzeba sprawić, żeby pojawiła się jakaś refleksja. Trzeba ich po prostu trochę poruszyć, żeby mogli się spontanicznie pobawić. Podobnie na Przystanku Woodstock, na którym kilkukrotnie graliśmy, czy w ogóle na festiwalach bluesowych, gdzie bywa kilka tysięcy osób – mieć tam taki kontakt z ludźmi i na nich wpływać, to jest świetne. Natomiast najlepiej czuję się w mniejszych miejscowościach, gdzie można, jakby to powiedzieć…

P.M.: … rzeźbić w surowości?

Sławomir Wierzcholski: Dokładnie! Taka publiczność mi najbardziej odpowiada.

Z.Ż.: Czy chciałbyś Sławku coś zmienić w sobie?

Sławomir Wierzcholski: Jestem daleki od ideału, ale pracuję nad sobą. Np. jestem cholerykiem, ale dużo łagodniejszym niż, powiedzmy, 40 lat temu. Kiedyś byłem naprawdę bardzo wybuchowy – potem żałowałem, przepraszałem, a teraz bardziej panuję nad sobą (śmiech). Ta impulsywność mi się w sobie nie podobała, więc pracowałem nad tym, żeby to zmienić.

P.M.: Ta impulsywność utrudniała muzyczną współpracę?

Sławomir Wierzcholski: Oj, oczywiście. Jako młody zespół cały czas przechodziliśmy jakieś kłótnie – a teraz jesteśmy wyrozumiali dla własnych słabostek, dla kolegów, dotarliśmy się zdecydowanie.

Z.Ż.: A co uważasz za swoją główną zaletę?

Sławomir Wierzcholski: Punktualność. Od 30 lat jestem współpracownikiem radia. Zaczynałem w dawnym 4 programie, potem 12 lat w Trójce, potem 10 w Radio dla Ciebie, a od 3 lat jestem w 2 programie. W Trójce zrobiłem 1500 audycji – to jest naprawdę dużo. W Dwójce mam obecnie jedną w tygodniu. I muszę podkreślić, że radio uczy punktualności bezwzględnej. W radiu 5 minut spóźnienia to dramat. Ktoś mnie kiedyś zapytał, co stoi za sukcesem Nocnej Zmiany Bluesa, jakim sposobem zespół istnieje 37 lat. Odpowiedziałem – bo ja jestem punktualny i wymagam tego bezwzględnie od kolegów. Niejeden zespół się rozsypał – jak się czeka pół godziny, to jeden wychodzi, tamten wraca, ten przychodzi, potem idzie wszystko w diabły.

P.M. Czytałam w którymś z wywiadów, że takie luźniejsze podejście do czasu miał zespół Dżem.

Sławomir Wierzcholski: To stare czasy, to byli luzacy, ale bardzo pomogli mi w życiu. W czasach naszej współpracy byłem może nie debiutantem, bo miałem jakieś 4 płyty, ale Dżem był już wtedy kultowym zespołem i zgodził się nagrać ze mną płytę. To było dla mnie bardzo ważne i bardzo mi pomogło w zyskaniu wiary, że mój wybór ścieżki życiowej był słuszny. Tym bardziej, że przez pierwszych 10 lat w zasadzie nie było pewne, czy nie wrócę do wyuczonego zawodu: skończyłem wszak wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Natomiast druga w kolejce mogła być moja pasja – czyli angielski, chociaż anglistyki nie kończyłem. Myślę, że płyta z Dżemem przypieczętowała moją decyzję, uwierzyłem, że to jest moja droga. A że ja przyjeżdżałem z Torunia do Katowic i czekałem na nich 2 godziny – cóż to mnie nauczyło cierpliwości i pokory (śmiech). Ale to świetni muzycy, świetni koledzy.

Z.Ż.: Co byś powiedział dziś młodym ludziom, gdybyś miał im dać jakąś wskazówkę, radę na dalszą życiową drogę. Czy nam było łatwiej, czy trudniej niż młodzieży teraz?

Sławomir Wierzcholski: Powiedziałbym: realizujcie swoją pasję, natomiast odnośnie drugiego pytania – odpowiedź nie jest taka oczywista. Kiedyś była mniejsza konkurencja, co powodowało, że o pewne rzeczy było łatwiej. Dodatkowo – jeśli ja miałem harmonijkę firmy Honner, która na tamte czasy kosztowała 12 dolarów, a to była naprawdę duża suma, to miałem przewagę nad innymi. Teraz czegoś takiego nie ma, bo jest powszechny dostęp do sprzętu, wszelkich instrumentów i dóbr.

Jako człowiek praktyczny powiedziałbym tak: jeśli szukasz drogi życiowej, zawodu, wykształcenia, to pamiętaj, że nieważne, ile się zarabia, ale jak. Warto robić to, co się kocha. Głęboko w to wierzę, tylko niestety nie każdy ma to szczęście. Wiele osób ma kilka pasji, a nie jedną określoną, trudno im się na coś zdecydować.

P.M.: Posiada Pan jakąś jeszcze pasję, dodatkową, za którą nie dał Pan rady podążyć, bo zdominował to blues?

Sławomir Wierzcholski: Moją pasją, którą realizuję w mniejszym stopniu, są… psy. Bardzo dobrze się czuję w ich towarzystwie i zawsze mam przy sobie psa. Gdybym nie był muzykiem, byłbym hodowcą. Lubię nawet zapach psiego futra!

P.M.: Wśród miejsc, które Pan odwiedzał, są jakieś ulubione?

Sławomir Wierzcholski: Przez te lata graliśmy w mnóstwie miejsc, ale najbardziej lubię wracać do siebie na wieś, nad jeziorem Głowińskim i tam siedzieć sobie z psem przy kominku. Byłem naprawdę w ogromnej liczbie miast polskich i zagranicznych, ale nie miałem nawet czasu ich zwiedzić. Obecnie podróże mnie męczą – bo jest to po prostu przemieszczanie się. Natomiast granie zawsze będzie pasją.

P.M.: Zdarzały się Panu teksty do szuflady – wsobne, zachowane tylko dla siebie – albo muzyka zostawiona gdzieś tam na później, na inny czas?

Sławomir Wierzcholski: Właściwie nie. Ja bardzo dbam o to, żeby tekst był o czymś, nie był błahy, aby warto było go pokazać. Zawsze piszę z myślą, żeby było to wartościowe. Natomiast mogę się pochwalić, że np. w dorobku 2 wydane płyty z piosenkami dla dzieci, które pisałem swego czasu dla swoich córek, jak były małe, proste tekściki np. o psie, o rzeczach z otoczenia. Potem poznałem zespół dziecięcy Mała Rewia, który zaczął śpiewać te utwory, a potem Polskie Radio wydało to na jednej płycie i zaproponowano mi kolejną. Słyszałem, że są bardzo popularne w przedszkolach. Teraz z kolei pracujemy z Janem Wojdakiem z zespołu Wawele, który w latach 70. był bardzo popularny, grał muzykę popową. Pracujemy z nim nad kolejną płytą dla dzieci.

P.M.: Chciałabym jeszcze wrócić do kwestii radia: jak to jest najpierw występować przed publicznością, gdzie widzi się reakcje, twarze, odbiór własnej twórczości, przepływ energii – w kontraście do mówienia w przestrzeń w pustej sali nagrań, w studiu?

Sławomir Wierzcholski: Myślę, że radio mi pomaga na scenie – nie boję się dzięki temu własnego głosu. Nie jestem skrępowany jego barwą, jak wiele osób. Wiadomo, że głos nagrany brzmi inaczej niż w rzeczywistości. Natomiast mówienie w pustkę nie sprawia mi problemów, ale też zostało to wypracowane. Wtedy, gdy zaczynałem w radiu, nie były to audycje na żywo, tylko nagrywane, potem odsłuchiwane. Otrzymywałem rady, co zmienić, co poprawić, pojawiały się też kwestie cenzury.

Sławomir Wierzcholski

Fot. archiwum prywatne S. Wierzcholskiego

Miało to być merytorycznie dobre, także przeszedłem przez tzw. dobrą szkołę, posiadam kartę mikrofonu, najwyższą – to był ostatni egzamin, jaki zdawałem, jeszcze pracując w Trójce. Ta dezynwoltura – coś, co pozwala na swobodne wyrażanie myśli, została wypracowana. Ja w młodości byłem zamknięty w sobie i nie paliłem się do występów. Bardzo szczęśliwie się złożyło, że radio pomaga mi w działalności estradowej. Czego nie dogram, to mogę opowiedzieć w studiu.

P.M.: W takim razie, czy ma Pan jeszcze w ogóle jakąś tremę przed koncertami?

Sławomir Wierzcholski: Wypadałoby powiedzieć, że tak. Pani Irena Santor, która porusza się w zupełnie innej stylistyce, ale jest absolutnym mistrzem estrady, mówi, że taką tremę zawsze ma. Elegancko tłumaczy, że przeżywa, że się stara. Także oczywiście ja też się staram, nigdy tego nie lekceważę, o czym wspominałem, ale tremy w rozumieniu motylków w brzuchu czy spoconych dłoni, już nie mam. Natomiast mam wrażenie, że profesjonalizm wymaga też posiadania pewności siebie, jeśli ktoś kupuje bilet, to nie chce widzieć przed sobą zestresowanego debiutanta, przepraszającego za tremę i potencjalnie gorszy występ. Poza tym wypracowuje się pewne patenty – od lat zaczynam koncerty od jednego utworu – „6.02”, który jest może niezbyt głęboki, ale bardzo życiowy. Przez lata, kiedy dojeżdżałem z Torunia do Warszawy, miałem pociąg o 6.02 – to było dokuczliwe, zwłaszcza zimą. Tekst mówi o takich prostych problemach życiowej codzienności.

P.M.: Czy odbiór Pana muzyki w Polsce różni się od odbioru za granicą?

Sławomir Wierzcholski: Coraz mniej. Kiedyś publiczność amerykańska, na przełomie lat 80. – gdy rok tam mieszkałem – była bardzo spontaniczna. Podobało mi się nawiązywanie z nią kontaktu, takie luzackie. U nas w tym czasie było bardzo sztywno. Natomiast teraz jest podobnie. Kiedyś np. nie do pomyślenia było, żeby artysta grał, a publiczność jadła. Granie do kotleta – na zapotrzebowanie jakiejś imprezy, np. coverów. Natomiast zdarza nam się czasem grać podczas imprez za granicą, gdzie podawane jest jedzenie i wtedy mam takie poczucie, że to jest moje zadanie, żeby widzowie odłożyli te sztućce. Artyście kiedyś przynosiło to ujmę na honorze. Tymczasem teraz uważam, że to moim zadaniem jest zniwelowanie szumów i skupienia na sobie uwagi.

P.M.: Zdarzył się Panu w karierze jakiś szczególnie trudny koncert?

Sławomir Wierzcholski: Raz w pewnej miejscowości ktoś rzucił we mnie kamieniem. Tak się wkurzyłem, że zszedłem ze sceny i goniłem go przez 3 ulice. Chłopcy zostali na scenie i grali (śmiech).

P.M.: Powstaje pytanie, kto ma lepszą historię do opowiadania – Pan, czy ten chłopak, który może do końca życia snuć historię o tym, że gonił go frontman Nocnej Zmiany Bluesa…

Sławomir Wierzcholski: Dokładnie (śmiech)!

P.M.: Nawiążę jeszcze do jednego z Pana tekstów: „Tyle lat to już gram i ciągle mało mi” i końcówki „… jednak wiem, nie da się zostawić bluesa, zawsze wygra blues” – powtórzyłby Pan to?

Sławomir Wierzcholski: Zdecydowanie, choć flirtuję z innymi gatunkami, jak wspomniałem, myślę, że zawsze aktualne będzie dla mnie to, co śpiewał Brownie McGhee „No escape from the Blues”.

P.M.: Dziękujemy bardzo za rozmowę.

_________________________________

Rozmawiali: Paulina Mróz i Zenon Żyburtowicz

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2022