Menu
Andrzej Seweryn

Andrzej Seweryn – jestem szczęśliwym człowiekiem

Niezwykle pracowity, utalentowany, odważny. Świetnie ubrany, szarmancki, posługujący się piękną polszczyzną. Andrzej Seweryn mówi, że praca jest jego misją, a aktorzy – grając na scenie – służą nie tylko sobie samemu, lecz także czemuś większemu od nich

Jako aktor, reżyser, pedagog i dyrektor jest pan niesamowicie zapracowanym człowiekiem. Przed wyznaczeniem daty spotkania zajrzał pan do kalendarza i przeczytał swoje plany na najbliższe trzy tygodnie. Ich ilość była imponująca. Podziwiam pana.

Andrzej Seweryn – A nie uważa pani, że to przerażające?

Niech będzie imponujące i przerażające, ale pan kocha to, co robi, inaczej nie dałby pan rady.

Andrzej Seweryn – No tak, ale większość tych rzeczy, które robię, to moje obowiązki.

I tak pan powiedział: „Żyję, pracuję, wypełniam obowiązki. Mam poczucie, że muszę je wypełniać”.

Andrzej Seweryn – Mam też przekonanie, że warto to robić. Inaczej zająłbym się czymś innym. Dla przykładu, jakże mogę odmówić spotkania z młodym człowiekiem, który w poszukiwaniu pracy przychodzi do Teatru Polskiego, jak mogę nie pójść na szkolenie wojskowe, jak mogę nie zagrać dzisiaj w „Końcówce” Becketta? Po rozmowie z panią muszę pojechać do Garwolina, gdzie obejrzę przedstawienie molierowskie przygotowane przez Zespół „Rękawiczka” w ramach Festiwalu Teatrów Młodzieżowych, potem muszę przyjechać znowu do teatru i zagrać wieczorny spektakl. To wszystko jest ważne i mnie raduje. Ma pani do czynienia z człowiekiem szczęśliwym.

A chwila wytchnienia?

Andrzej Seweryn – Mogę się zdrzemnąć w samochodzie.

To przejdźmy do kina. Za kreację w „Ostatniej rodzinie” obsypano pana krajowymi i zagranicznymi nagrodami. Dla mnie to film niezwykły – nie pamiętam sytuacji, kiedy po skończonym seansie ludzie pozostali na swoich miejscach, w sali zaś panowała cisza, a tak właśnie było po projekcji, na której byłam.

Andrzej SewerynAndrzej Seweryn – Ten film zachęca do rozmów. Scenariusz świetny, rytmicznie skomponowany, doskonałe dialogi i wspaniały młody reżyser Jan P. Matuszyński. Cała ta fascynująca historia Beksińskich pozwoliła misternie zbudować nasze role. Wokół malarza, syna, żony tworzą się różne legendy, jest wiele nieporozumień. Ich uczucia były manifestowane w sposób niekonwencjonalny, co mogło niektórych szokować.

Oni mieli odwagę pozostawać sobą, mieli odwagę poszukiwać. Postaci w filmie są ukazane na przestrzeni 30 lat. Z jednej strony stwarza to dodatkowe trudności aktorowi, z drugiej daje możliwość rozwinięcia jego aktorskiego kunsztu. W tym filmie zmieniano mi fryzurę, dodawano brzuch, a ja używałem tych środków, które są potrzebne do ról również w teatrze. Gdy ma się do pokazania 30 lat życia kogoś takiego jak Beksiński, to jest to dla aktora fascynujące.

Nie musi być pan skromny. Przytoczę kilka recenzji: „jego aktorstwo jest totalne”, „Seweryn tworzy najwybitniejszą rolę w karierze”, „gwiazdor Seweryn zdołał uchwycić zewnętrzny geniusz Zdzisława, bez słów ukazując jednak także czający się wewnątrz mrok”, „Seweryn nie zagrał Zdzisława, on przeistoczył się w swoją postać, jak zwykł to robić Robert de Niro w swoich największych kreacjach aktorskich”. To tylko skrawek pochwał.

Andrzej Seweryn – W przypadku tego filmu wszystko dobrze się układało. Kiedy przeczytałem scenariusz, wiedziałem, że będzie to emocjonująca, fascynująca praca.

Teatr to miejsce szczególne, gdzie wszystko dzieje się tu i teraz, gdzie widzowie mogą spotkać się z aktorami twarzą w twarz, a między nimi tworzy się szczególna więź. Kino nie stwarza takiego „związku”. Jak pan czuje te różnice?

Andrzej Seweryn – To prawda. Teatr jest królową sztuk i wszystkie ich rodzaje jemu służą: balet, muzyka, literatura, śpiew, malarstwo, rzeźba. Do tego dochodzi element decydujący, a mianowicie kontakt aktora z widzem. Tego nie zastąpi nikt i nic. Kino nie stwarza takiej możliwości, to relacja między widzem a ekranem. Aktorzy są na kliszy, jest tzw. techniczna granica. Nigdzie indziej nie ma takiej relacji międzyludzkiej jak w teatrze. Jestem bardzo szczęśliwy, grając w kinie, ale nie wyobrażam sobie życia bez teatru. W nim się dojrzewa. Angielscy aktorzy, którzy mieli sukcesy kinowe, np. Anthony Hopkins, Jeremi Irons, przeszli przez scenę teatralną. Meryl Streep, wielka aktorka filmowa, współpracowała z Andrzejem Wajdą właśnie w teatrze. Teatr to inny, fascynujący świat i nie zastąpią go kino, internet czy gry komputerowe.

Jaką rolę pełni obecnie teatr, czy dalej jest miejscem dialogu?

Andrzej SewerynAndrzej Seweryn – Teatr od tysięcy lat jest tym miejscem. Wielu twórców teatralnych tego właśnie pragnie. Nie ma budowania przyszłości bez dialogu. Dla jednych dialog polega na tym, że opowiadają o sobie i swoich problemach, biorąc do ręki np. tekst Słowackiego. Inni próbują dialogować ze współczesnością poprzez teksty klasyczne. Jeszcze inni uważają, że przede wszystkim trzeba służyć autorowi. Każdy wybiera takie metody pracy, jakie uważa za słuszne.

Teatr to tajemnicza dziedzina sztuki.

Andrzej Seweryn – W teatrze dwa plus dwa nie równa się cztery. Warto pracować na najważniejszych, stworzonych przez ludzkość tekstach, zaczynając od Greków, a kończąc na 2016 r. w Polsce i na świecie. Służąc tym tekstom, dialogujemy ze współczesnością. Ja mam mniej do powiedzenia niż Szekspir, w związku z tym nie będę się silił i nie będę używał jego tekstów do opisania mojego świata. Podobnie jest z Mrożkiem, Molierem czy Mickiewiczem, z wieloma innymi znakomitymi twórcami. Teatr jest żywym organizmem.

Według ostatnich badań ponad 80 proc. Polaków w ubiegłym roku nie było ani razu w teatrze. Jest pan dyrektorem jednej z warszawskich scen, jaki ma pan pomysł, żeby ten stan zmienić?

Andrzej Seweryn – Prosty. Teatr musi jeździć po Polsce. Musi się „otworzyć” na widzów z miejscowościach, w których nie ma tego typu instytucji. To nasza misja.

Wyjść ze swego budynku, być bliżej człowieka…

Andrzej Seweryn – Mówię o tym od lat. Nie zawsze mi się udaje znaleźć środki finansowe, ale kiedy mój organizator jest przekonany, że chce mieć teatr służący województwu mazowieckiemu, to wszystko staje się łatwiejsze. Wysiłkiem obu stron możemy „wyjść” z teatrem do widza. Trzeba przestać straszyć ludzi, że teatr to sztuka „ciężka”, nudna, niezrozumiała.

Styczeń to szczególny miesiąc w historii TeatrunPolskiego – w 1913 r. wystawiono w nim pierwsze przedstawienie – był to „Irydion” w reżyserii Arnolda Szyfmana, w 2011 r. objął pan fotel dyrektora. Jak w styczniu 2017 r. wyglądają plany na nowy sezon teatralny??

Andrzej Seweryn – 104. rocznicę powstania teatru świętujemy premierą trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Z tej okazji w sposób szczególny chcemy też uczcić pamięć tego znakomitego twórcy – za zgodą wdowy po nim i władz wojewódzkich naszej kameralnej scenie zostanie nadane imię tego wielkiego dramatopisarza.

Teatr jest żywym organizmem. Myślenie o jego przyszłości, o zachowaniu ciągłości pracy artystycznej, o współpracy z wybitnymi aktorami i reżyserami, o doborze wartościowego repertuaru składa się na moje myślenie o Teatrze Polskim. Jestem organizatorem tej wielkiej, złożonej machiny i pragnę robić to, jak najlepiej potrafię.

Czy klasyka Szekspira, Moliera, Dostojewskiego sprawdza się w naszym skomputeryzowanym świecie?

Andrzej Seweryn – Oczywiście! Wprawdzie język tych wielkich twórców nie zawsze jest łatwy, ale uważam, że warto nauczyć się słuchać tych tekstów i rozumieć je. Nie warto natomiast wszystkiego na siłę uwspółcześniać. Trudno dać Antygonie laptop i telefon komórkowy, ale kiedy słuchamy np. tekstu „Antygony”, to wcale nie musimy odnosić go do czasów zamierzchłych sprzed 2500 lat. W tych głębokich myślach można znaleźć bardzo wiele dla siebie

Termin „sztuka klasyczna” jest mało precyzyjny…

Andrzej Seweryn – Nie ma jednej definicji sztuki klasycznej, tak jak nie ma jednego sposobu przedstawiania tekstów klasycznych na scenie. Dlaczego np. nie możemy grać Fredry w smokingach? Proszę bardzo, ale chcę zrozumieć, dlaczego tak się dzieje i czy nie jest to sprzeczne z intencjami autora. Teatr Petera Brooka jest na wskroś współczesny. Nie oznacza to jednak, że aktorzy stale biegają tam w dżinsach, z telefonami komórkowymi i kokainą w saszetkach.

W Teatrze Polskim wystawiamy „Cyda” Corneille’a w przekładzie Morsztyna, za pomocą którego przenosimy się w XVII w. To trudny tekst, ale francuski reżyser Ivan Alexandre nadał spektaklowi nowych barw. Wybór repertuaru jest trudny. Jako dyrektor staram się zachować pewien umiar między tendencją super intelektualną a tendencją ludowego jarmarku i schlebiania wyłącznie widzowi. Wierzę w siłę słowa, w magię i siłę teatru, który mówi o ważnych problemach w sposób zrozumiały dla widzów.

Trzeba po prostu realizować najlepszą literaturę.

Taką, która ma wartość, wzbogaca nasze życie, pozwala na kontakt widza z aktorem. Pozwala stworzyć szczególne miejsce, do którego ludzie będą chcieli chodzić.

Coraz częściej chcemy się przenieść, chociaż na dwie godziny, w inny świat, odetchnąć innym powietrzem…

Andrzej Seweryn – Ludzie przychodzą do teatru nie po to, żeby widzieć obrazki z telewizji czy Internetu. Chcą się wzbogacić, wzruszyć, przeżyć coś ważnego.

To teraz pora na Paryż – 33 lata spędzone we Francji to szmat czasu. Jak pan wspomina tamten okres? Czego nauczyły pana praca z Peterem Brookiem i granie w „Mahabharacie” – antycznym hinduskim eposie, który należy do najważniejszych dzieł literatury światowej? Praca w tym wielkim widowisku to chyba duże przeżycie.

Andrzej Seweryn – Na pewno tak. To fundamentalny tekst, na którym opiera się kultura, tradycja i religia Indii. Epos opowiada historię zwaśnionych rodów. To uniwersalna opowieść o losie, honorze, szacunku. Pracowaliśmy nad nim trzy lata, najpierw zrobiliśmy wersję francuską, potem angielską. To było bardzo ciekawe zetkniecie się z hinduizmem, z najróżnorodniejszymi kulturami, religiami, z ludźmi różnych kolorów skóry. Myślę, że nie wykorzystałem tego czasu tak, jak mogłem.

Wtedy właśnie powiedział pan, że ten czas to była lekcja pokory.

Andrzej Seweryn – Praca z Brookiem była dla mnie na pewno lekcją pokory. Nauczyłem się korzystać z doświadczenia innych ludzi. Patrzenia na świat innymi oczami. Jak człowiek dojrzewa, to zdaje sobie sprawę z tego, że jego wiedza tak naprawdę staje się względną.

Powiedział pan, że zawód aktora jest pełen sprzeczności. Czyż nie jest to rzecz tajemnicza, że publiczność na widok jednego aktora milknie, a wejścia innego nie zauważa?

Andrzej Seweryn – Tego nie da się zdefiniować. To właśnie ta tajemnica.

Czy aktorstwo to stopienie w jedność ciała, emocji i intelektu?

Andrzej Seweryn – Wie pani, to dotyczy w gruncie rzeczy człowieka. My zbyt często oddzielamy życie emocjonalne od intelektu, od ciała. A to przecież zawsze funkcjonuje razem, jednocześnie.

Czy praca jest dla pana swego rodzaju religią?

Andrzej Seweryn – Wierzę w sens tego, co robię, praca jest więc dla mnie swego rodzaju religią.

„Chwila za chwilą – a na to, by życie się z tego złożyło, życie całe się czeka”. Lubi pan Becketta?

Andrzej Seweryn – Każdego wieczoru, kiedy gramy „Końcówkę”, a robimy to już szósty rok, odczuwam wielką radość. Wiem, że będę wypowiadał ważne słowa ze sceny. Reakcje widzów dowodzą, że nasza praca jest doceniana. Czego więcej potrzeba, skoro jest wielka literatura, sens tego, co się robi, i uznanie?

Na urodziny zrobił pan sobie prezent, grając w spektaklu „Krapp i dwie inne jednoaktówki” Becketta. To poruszające studium rozrachunku z samym sobą. Jego bohater nagrywał w każde swoje urodziny podsumowanie minionego roku. Dlaczego akurat ten spektakl pan wybrał?

Andrzej Seweryn – To zwykły zbieg okoliczności. Premiera miała miejsce trzy tygodnie przed moimi urodzinami. Krapp co roku wraca do swojej przeszłości. Ja nie musiałem czekać na 70. urodziny, żeby podsumowywać swoje życie. Robię to codziennie.

Czy dotarł pan do miejsca, w którym należy zacząć podsumowywać?

Andrzej Seweryn – Mam to szczęście, że od wielu lat rozmawiam z dziennikarzami i oni mnie często pytają o moją przeszłość. Lubię do niej wracać, zastanawiać się nad swoim życiem. Po to właśnie, żeby budować przyszłość. Mam przed sobą, daj Boże, parę lat życia, parę rzeczy do zrobienia, parę sztuk do zagrania i wiele radości do przeżycia.

Jest pan laureatem wielu prestiżowych nagród zagranicznych i polskich. Ma pan swoją gwiazdę w Alei Gwiazd w Łodzi.

Andrzej Seweryn – Należę do tych, którzy bardzo poważnie traktują wszelkie nagrody. Sam byłem w różnych gremiach, które przyznawały wyróżnienia, ale nigdy nie zdarzyło mi się przyznać nagrody filmowi czy osobie, które by na to, moim zdaniem, nie zasługiwały. Zakładam więc, że wszystkie nagrody, które Pan Bóg mi jakoś dał poprzez swoich przedstawicieli na ziemi, były zasłużone. Sprawiają mi one wiele radości.

A co pana drażni w tym współczesnym świecie?

Andrzej Seweryn – Agresja, hipokryzja.

Nie boi się pan?

Andrzej Seweryn – Nie, ja się boję tylko Pana Boga, tak jak mówił prezydent Wałęsa. Codziennie teraz widzę agresję. Wszędzie, na każdym kroku. To okropne.

A co pan sądzi o nowym prezydencie Ameryki? Donald Trump to jednak zaskoczenie.

Andrzej Seweryn – Zobaczymy. Wierzę w demokrację amerykańską, wierzę w rozsądek Sądu Najwyższego, Kongresu, Senatu, dowódców armii. Czas pokaże.

Powiedział pan: „Nie trzeba się zamartwiać, a że jest paru kretynów na świecie, zawsze tak było. Oni się tylko czasami chowali”. Czy jest pan optymistą?

Andrzej Seweryn – Trzeba robić swoje, jak mówił Wojtek Młynarski. A czy jestem optymistą? Uśmiecham się często, jestem szczęśliwym mężem, mam wspaniałe dzieci, wnuki. Kocham to, co robię. A świat nigdy nie był idealny. Czasami jest gorzej, innym razem lepiej. Czy uważa pani, że pesymiści są źli i niczego nie robią? A Beksiński? Był dogłębnym pesymistą. Czy z tego wynikała destrukcja? Tworzył do ostatnich godzin swojego życia. Nie jestem ani głuchy, ani ślepy, ale w przyszłość patrzę z nadzieją. Mam jeszcze tyle do zrobienia.

„Jestem opętany przez pracę” – to pana słowa. Czy ma pan chwile refleksji, że może warto zwolnić?

Andrzej Seweryn – Praca twórcza to nie tortura.

Widziałam pana przed spektaklem w Radziejowicach. Siedział pan na łące i patrzył w niebo.

Andrzej Seweryn – Naprawdę tak było?

Tak było, chciałam nawet podejść, zagadać, ale pomyślałam, nie będę przeszkadzać.

Andrzej Seweryn – Dziękuję, że pani nie podeszła.

Czyli jest pan człowiekiem szczęśliwym?

Andrzej Seweryn – Proszę pomyśleć, jakie to fantastyczne, że możemy żyć na tej ziemi, cieszyć się życiem, słońcem, naturą. Tak, jestem szczęśliwy, mimo że wiele widzę i dużo rozumiem.

Rozmawiała: Anna Arwaniti

Fot. Marta Ankiersztejn, Krzysztof Bieliński, Robert Jaworski, Michał Pasich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2020