Menu
Schejbal

Jerzy Schejbal – aktorstwo to zawód, nie jestem celebrytą

Jerzy Schejbal to znakomity aktor teatralny, filmowy, reżyser, profesor sztuk teatralnych. Karierę rozpoczął w Teatrze Ludowym w Krakowie – Nowej Hucie, w 1968 roku. Po dwóch latach przeniósł się do Teatru im. J. Osterwy w Lublinie, po kolejnych dwóch udał się do Teatru Polskiego w Poznaniu. Jako że aktorstwo to zawód wędrowny, znalazł się w Teatrze Współczesnym, a potem Powszechnym we Wrocławiu i tam osiadł na dłużej: od 1976 do 2008 roku. Niespokojny duch przywiał go do Warszawy, do Teatru Powszechnego. Od 2012 roku zapragnął stabilizacji i „osiadł” w Teatrze Polskim. Ma na swoim koncie ponad 130 ról teatralnych w takich spektaklach jak m.in. „Wesele”, „Wyzwolenie” Wyspiańskiego, „Romeo i Julia”, „Makbet”, „Król Lear”, „Garderobiany” Harwooda, „Pieśń o blasku wody” według Karola Wojtyły, „Operetka” Gombrowicza, „Irydion” Krasińskiego, „3x Mrożek”, „Król” Twardocha.

Jerzy Schejbal. Quo vadis 2

Spektakl, Quo vadis, fot. Marta Ankiersztejn

Bardzo szeroki repertuar plasuje aktora na czołowym miejscu w twórczości teatralnej, ale nie spełnił on swojego marzenia – nie zagrał „Fantazego” Słowackiego. Miał szczęście współpracować z wybitnymi reżyserami, m.in. A. Wajdą, J. Jarockim, A. Sewerynem, M. Wojtyszką, J. Grzegorzewskim, A. Konczałowskim, W. Fokinem i jak – wspomina – te spotkania wiele wniosły do jego życia artystycznego. Wcielając się w bardzo różne postacie, czuje, że nie jest zaszufladkowany i spełnia swoje pasje. Mówi, że jest aktorem, a nie celebrytą.

Ma w dorobku pokaźną filmografię – zagrał w ponad 50 filmach, serialach, spektaklach telewizyjnych. Ogromną sympatię widzów zyskał dzięki postaci Tomasza Zawoi, partnera Barbary z serialowych opowieści nad Rozlewiskiem. Grał też w wielu serialach: „Prawo Agaty”, „Blondynka” „Na dobre i na złe”, „M – jak miłość”, „Ojciec Mateusz”, „Czas honoru”, „Kruk, szepty słychać po zmroku” czy „Wiedzmin”. Bardzo ceni sobie pracę z Januszem Majewskim, grał w filmach „Exentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, „Czarny Mercedes”. Dzięki udziałowi w serialach czy filmach zyskał popularność widzów, ale jak sam mówi, jego żywiołem jest teatr. A w chwilach wytchnienia wybiera góry – to miejsce na ziemi, które daje mu poczucie wolności.

Człowiek z gór…

Jerzy Schejbal: Może nie z takich wysokich, ale z gór. Urodziłem się w Nowym Sączu i bycie tam daje mi wielką radość. Tęskno mi do tamtych przestrzeni z perspektywy życia w mieście. Lubię usiąść na wzgórzu i słuchać dźwięków miasta unoszących się w oddali. Tak zawsze najlepiej wypoczywam.

Góry to inne miejsce na ziemi.

Jerzy Schejbal: To prawda, ta perspektywa daje oddech, przyjemność i wracam tam każdego roku. W Beskidzie Niskim znalazłem takie miejsce, w którym się wyciszam. Cywilizacja jeszcze tam nie dociera, a niebo… jakie tam jest niebo! Była ciepła noc, przeleżałem z godzinę na trawie, spadały Perseidy. Fantastyczne emocje. Swoje miejsce znalazłem w naturze, bo ona pokazuje nam, kim w rzeczywistości jesteśmy. Jakim pyłkiem w tym olbrzymim wszechświecie.

Dlaczego w takim razie przeniósł się pan do miasta?

Jerzy Schejbal: Losy naszej rodziny tak się potoczyły , że przenieśliśmy się w okolice Krakowa, do Bochni. Potem studiowałem w Krakowie. Przejechałem całą Polskę od wschodu do zachodu, od południa do centrum w poszukiwaniu swojego miejsca.

Chciał być pan leśnikiem, bo to daje poczucie wolności i spełniło się, ale serialowo. Saga nad Rozlewiskiem i rola Tomasza, zakochanego w Barbarze.Jerzy Schejbal

Jerzy Schejbal: No tak byłem leśnikiem i to miało swój urok. Pracowaliśmy w pięknych krajobrazach, ze świetnymi aktorami. Budujemy siebie poprzez kontakty z innymi, którzy mają inna wrażliwość, inny temperament, inne doświadczenia. Tego typu spotkania wzbogacają, człowiek się rozwija, nabiera dystansu do tego, co robi. To było takie dopełnienie moich marzeń o przyrodzie, ale też przeżycie zawodowe i towarzyskie. Świetni aktorzy: Małgosia Braunek, Joasia Brodzik, Zosia Kucówna, cała plejada…

I tak jak teraz myślę, to chyba kiedyś wrócę do natury, do gór. Ale teraz, póki jest siła, zdrowie i mnie chcą, to trzymam się tutaj w Warszawie.

Ma pan na swoim koncie ponad 50 filmów to duży dorobek.

Jerzy Schejbal: No sporo, co prawda większość życia spędziłem w teatrze, bo takie były czasy, ale jestem z tego, co zrobiłem, zadowolony. Myślę, że każda z tych produkcji miała swoją artystyczną przestrzeń. Teraz miałem miłe spotkanie z Januszem Majewskim, na planie jego ostatniego filmu „Czarny Mercedes” – grałem taki epizodzik, ale zagrałem go z wielką przyjemnością. Ważne jest spotkanie z człowiekiem, z takim reżyserem, który ma tyle wdzięku, poczucia humoru, ciepłego podejścia do aktora. I taka praca to radość i jeszcze jak wzbogaca aktora. Na mojej drodze spotkałem wielu ważnych dla mnie ludzi: Wajdę, Grzegorzewskiego, Wojtyszkę, Konczałowskiego. I z tych przystanków, na których pojawiają się ważni dla nas ludzie, tworzy się nasz los.

Wiele na tej drodze zależy od przypadku.

Jerzy Schejbal: No tak – to opowiem pani o jednym z nich, ale bardzo ważnym, który zaważył na dalszym moim życiu. Na przedstawieniu dyplomowym „Wieczór Trzech Króli” Szekspira w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego grałem Chudogębę. Ta rola trafiła we mnie, spodobała się publiczności, ale miała też dobry odbiór w środowisku. To się bardzo liczyło. W Krakowie były i są dobre teatry: Słowackiego, Stary – musiałem się zdecydować, co dalej po dyplomie. Przyszła pora, żeby pójść na rozmowę do dyrektorów i zobaczyć, czy i gdzie się uda. Niestety byłem biedny jak mysz kościelna, na pomoc rodziców nie mogłem liczyć, a dyrektorzy teatrów oznajmili, że nie mogę łapać chałtur, dorabiać.

Zostaje teatr i to ma mi wystarczyć na życie, mieszkanie też muszę sobie sam zabezpieczyć. I stanąłem przed dramatycznym wyborem: albo sztuka, albo któryś z mostów krakowskich… Zostało trzecie wyjście: pójść do teatru, który dawał mi przyzwoitą pensję, gwarancję grania, po roku podwyżkę. Stanąłem pod murem, musiałem wybrać. Poszedłem do Teatru Ludowego, do Nowej Huty. Dyrektor Dąbrowski śmiertelnie się na mnie obraził, że nie poszedłem do Słowackiego, w teatrze Starym popatrzyli na mnie z politowaniem. Nie miałem wtedy wyjścia, taka była sytuacja.

Przypadek – gdybym został w tamtych renomowanych teatrach, na pewno moje życie potoczyłoby się inaczej. To miejsce było dla mnie wielkim rozczarowaniem. To prawda, dostałem mieszkanie, pieniądze, ale niestety z graniem było kiepsko. I przyszedł kolejny przystanek, którym był teatr Osterwy w Lublinie, zupełnie inna przestrzeń. Tak to rządzi naszym życiem przypadek. Ale nie ma co żałować, spotkałem tylu wspaniałych ludzi, te wędrówki z miasta do miasta: Poznań, Wrocław, Warszawa. Aktor, dodajmy – młody, nie może siedzieć w jednym miejscu, musi zmieniać teatry. Te wędrówki wzbogacają człowieka. To taki konglomerat zjawisk, doznań, odczuć, zapachów, smaków. I tak jak teraz rozmawiamy o tym, co było, powiem pani: niczego nie żałuję.

Aktor często wciela się w krańcowo różne postacie, czy zgadza się pan z Anthonym Hopkinsem, że aktor przez większość czasu żyje w fikcji, a role stanowią spełnienie aktorskiej fantazji?

Jerzy Schejbal: Tak to prawda, tyle tylko, że on mówi z innej perspektywy. My żyjemy w innej przestrzeni kulturowej, inaczej myślimy, miewamy dosyć doznania interwałowe: wzloty, upadki i coś po środku. Co do sedna Hopkins ma rację. Wchodziło się w przestrzeń, która potrafiła zawładnąć wyobraźnią, fizycznością, ekspresją. Wszyscy aktorzy na świecie uprawiający ten zawód są do siebie podobni. Jądro – ten środek – jest takie samo. Tylko miejsce i apanaże są bardzo różne.

Celebryta to osoba, która jest znana z tego, że jest znana, a aktorstwo to zawód, ale większość aktorów lubi postać na „ściankach”.

Jerzy Schejbal: To jest znak czasu – jesteśmy próżni, ale to trzeba kontrolować. Przesyt nie jest zdrowy. Popularność, rozpoznawalność, bezpieczeństwo – to siła ścianek. Ten zawód jest okrutny przez to, że sam się eliminuje. Cały czas gdzieś tam na karku słychać oddech konkurencji. Nowi stoją za ścianką. Też mi się zdarzało postać na ściance, ale tak jak pani powiedziała: aktorstwo to zawód. Nie jestem celebrytą.

Al Pacino, powiedział – „aktor udaje kogoś, kim nie jest”, jakie cechy powinien mieć aktor?

Jerzy Schejbal: Aktorstwo to ciężka, wyczerpująca praca: fizycznie, emocjonalnie, psychicznie. Trzeba mieć dużo siły. Wrażliwość, emocje, wyobraźnia są przypisane do tego zawodu. I jeszcze jedno: spostrzegawczość. Omijam to, co mogłoby świadczyć o mojej niebywałej próżności i zarozumialstwie. Umiejętność czytania między wierszami. Kiedy buduje się rolę, trzeba być bystrym, żeby rozpoznać całą materię psychologiczną. Jak nie, to cała reszta – nazwijmy to – bierze w łeb.

Śledzenie roli to taka praca detektywistyczna. Trzeba przemyśleć, co jest we mnie takiego, czego nie mam, a co ma bohater i jak to zinterpretować. Poszukać też tego, co mnie łączy z tym bohaterem. Zrobić to tak, żeby mieć przyjemność z grania, pokochać tę rolę w sobie. Każda rola to wyzwanie. I co najważniejsze, trzeba zagrać tak, żeby widz miał z tego pożytek i satysfakcję. To jest tak, jak ze zjedzeniem dobrego obiadu, z wykwintnym deserem, w restauracji z trzema gwiazdkami Michelin.

Jak to jest z talentem? Balzac powiedział: „nie istnieje wielki talent bez wielkiej siły woli”: czy talent polega na połączeniu siły twórczej ze zdolnością wykonawczą?

Jerzy Schejbal: Talent to iskra – mówią, że boża. I albo jest od początku, albo ujawnia się pod wpływem dobrego reżysera, albo czasami zamyka. Trzeba mieć dobry słuch i widzieć, co się dzieje dookoła, mieć też siłę przebicia, upór i cierpliwość. Czekać na swoje wymarzone role, ale nie bezczynnie – należy ich szukać.

Teatr to inna przestrzeń – to spotkanie z widzem na żywo, tu się nie da powiedzieć „stop, zaczynamy nowe ujęcie”.

Jerzy Schejbal: Teatr to żywy człowiek. Słyszę go – często przez to, że zapomni wyłączyć komórkę, słyszę jego oddech, wiem, że na mnie patrzy.

Czasami może się wydawać, że aktor co wieczór „odklepuje” po raz kolejny swoją rolę, przy 20 przedstawieniu jest już tym zmęczony, staje się to dla niego nużące.

Jerzy Schejbal: Ależ nie, każde przedstawienie jest inne, niepowtarzalne. Miałem kilka razy takie momenty iluminacji – grałem i po kilku przedstawieniach orientowałem się, że zdanie, które mówię, teraz znaczy zupełnie co innego niż mówiłem do tej pory. Nagle słyszę nową treść, nowe znaczenie, ale oczywiście kontroluję to. To taki moment olśnienia. Właśnie w pewnej powtarzalności, kiedy gra się dużo, kiedy ma się możliwość rozbudowywania roli, słyszenia jej w sobie, poszerzania tej przestrzeni, nabiera się pewnej świeżości. Wtedy zaczynam słuchać siebie, rozwijać rolę. I to jest fantastyczne.

Ma pan szczęście, że praca to pana pasja. Nie musi pan siedzieć od 8 do 16, stresować się w niedzielę, że jutro jest poniedziałek.

Jerzy Schejbal: Aktorzy mają szczęście jeszcze dodatkowe, bo dzięki temu nie chorują. Nie mają na to czasu. A poniedziałki w teatrach zazwyczaj są wolne.

Teatr Polski ostatnio wystawił „Wyzwolenie” Wyspiańskiego – jak pan się czuje w inscenizacji i reżyserii Anny Augustynowicz. Dramat reżyserowali Dejmek, Wajda, Swinarski. Ten spektakl był jednak inny w konstrukcji.

Jerzy Schejbal: To inny spektakl. Przegadaliśmy z Anią godziny, zanim zaczęliśmy składać te puzzle na scenie. Rozmawialiśmy dużo o historii tego tytułu, co pamiętamy z poprzednich wystawień, w jakich czasach powstawały. To były bardzo twórcze rozmowy od strony intelektualnej. Taka wnikliwa i głęboka analiza duszy i to się przełożyło na to, co robimy na scenie. Przyznam się szczerze i wprost, że co do niektórych kwestii miałem wątpliwości i nadal je mam. Trzeba pamiętać, że spektakl powstaje w konfrontacji z widownią, mimo że to niełatwy tekst, mamy pełną widownię – 700 miejsc. Słyszę publiczność reagującą żywiołowo – to czymś świadczy. I jak na to patrzę, to myślę, że jeszcze muszę pewne rzeczy, co do których się waham, przetrawić  w sobie.

Mam opór odnośnie wzniosłych haseł „patriotyzm”, „ojczyzna” – zaczynam trochę alergicznie na nie reagować. Mam przesyt. Zadaje sobie pytania: jak długo, ile można wałkować te tematy, przecież nic z tego nie wynika. Twórcy mają pewien kłopot – jak przy pomocy tak trudnego materiału zdefiniować dzisiaj Polaków portret własny. Jak nie doprowadzić do karykatury tej polskości. Myślę, że żeby tego uniknąć, trzeba myśleć zespołowo. I to się w naszym „Wyzwoleniu” udało. Nie przeginamy, uniknęliśmy patosu, a to bardzo ważne.

Ten zbiór wrażeń, to, co odczuwam, grając w tym spektaklu, wcale nie jest dla mnie łatwe. Znalazłem się w takim sosie, lekkim marazmie, bo jeszcze doszło „Wesele” Wyspiańskiego w Teatrze Telewizji, te dwa tytuły to był psychicznie wyczerpujący okres. Dlatego z przyjemnością wyjechałem na parę dni do Zakopanego.

Zakopane teraz to nie tylko Krupówki i bary, to miejsce bardzo kulturalne, dużo się tam dzieje.

Jerzy Schejbal: Tak, zrobiłem sobie taki przegląd teatralny. Byłem w Teatrze Witkacego, obejrzałem kabaret literacki – trochę polityczny, ale na poziomie. Świetnie zrobiony i fantastycznie zagrany. Nie trzeba siedzieć przed telewizorem – jest gdzie pójść, zobaczyć coś wartościowego. Obejrzałem też niebywały monodram z młodą dziewczyną o pseudonimie „Siksa”. Performance – taka melorecytacja, ona sama jest też autorką spektaklu. Pisze rzeczy skrajne, brutalne, ale to ma sens i czemuś służy. To jest o Polsce – w czym żyjemy, jak żyjemy, dokąd zmierzamy. I to, paradoksalnie, zaczęło według mnie korespondować z „Wyzwoleniem”.

W takim razie zahaczę o politykę: czy ta „prawda” pana nie boli? Jak pan się odnajduje w naszej rzeczywistości?

Jerzy Schejbal: Boli, ale ważne jest to, że młodzi to już widzą i to jest optymistyczne. Młode pokolenie zaczęło reagować, przestało być obojętne. A robią to w różny sposób – poprzez sztukę: malują, śpiewają, piszą. To jest takie wyjście na ulicę poprzez sztukę. Bo przecież młodzi zaczynali rewolucje. I to mnie natchnęło nadzieją, że jak ci młodzi zaczęli pokazywać poprzez swoją formę, to co ich boli, to jest już dobrze.

Obejrzałem też w Zakopanem zespół muzyczny „Hańba”, który gra w stylu Bregovica. Oni śpiewają teksty Broniewskiego, Tuwima, Gałczyńskiego – teksty, które mówią o nas. To kolejny głos pokolenia. Tych parę dni oprócz tego, że odetchnąłem górami, dały mi taką inną perspektywę spojrzenia na to, co i jak mogę przekazać ludziom.

Czego się pan obawia dla siebie, swoich dzieci, rodziny?

Jerzy Schejbal: Obawiam się jednej rzeczy, że musiałbym powiedzieć: „pakujcie manatki i wyjeżdżajcie”. Tak, tego bym się bał najbardziej… Boję się też, żeby to wszystko, co się dzieje, nie oddziaływało na to, co robimy na scenie.

Pana motto brzmi „zachować pogodę ducha”, a robi się trochę smutno.

Jerzy Schejbal: No robi się. Trudno zachować tę pogodę ducha. Przyznam się szczerze, że bywały dni, kiedy miałem już dosyć. Nie żebym miał depresję, ale dopadło mnie znużenie, zmęczenie, przesyt tym, co dookoła. Wtedy właśnie zaczęliśmy próby do „Wyzwolenia” – te tematy zewnętrzne i teksty dramatu powodowały u mnie odruch beznadziei. Nie korzystam często z Twittera, ale byłem tak zdeterminowany tym, co dzieje się dookoła, że zacząłem wyrażać swoje opinie. Podstawowe pytania: dlaczego i po co. Po co było niszczyć stadninę, po co było niszczyć lasy, po co wtrącać się w dobrze działające muzea, teatry. No po co. To taki mój krzyk wewnętrzny.

Czytam fantastyczną książkę „Dżentelmen w Moskwie” – znakomity angielski autor, Amor Towles. Opowieść o pierwszych latach po rewolucji, jak ludzkie charaktery zostają powolutku miażdżone, jak zmienia się otoczenie, myślenie i do czego to ma prowadzić. Polecam. U nas też to dzieje się w podobnym rytmie – powoli, z rozmysłem. Poszukiwanie szczelin, w które możemy się wepchnąć. Jak daleko można je rozsunąć i wejść bez oporu.

Film, seriale dają pieniądze, czy teatr to spełnianie marzeń?

Jerzy Schejbal: Tak, to spełnienie marzeń. Wychowałem się na teatrze. Przeżycie tego, czego doświadczamy na scenie, jest dla mnie najważniejsze. Jak zaczynałem, seriali jeszcze nie było, telewizja dopiero się rozkręcała, w filmie można było postatystować. Wytwórnie były tylko w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu. Na nasze szczęście teatr był wtedy u szczytu – mieliśmy dostęp do światowej literatury. Te sztuki, które graliśmy, kształtowały nasze widzenie świata, naszą wrażliwość. Teatr był dla mnie wszystkim – spełnieniem marzeń, ale nie wszystkie się spełniły

To czego pan nie zagrał?

Jerzy Schejbal: Pewnie pani myśli, że powiem Hamleta – a nie. Moje niespełnione marzenie to „Fantazy” Słowackiego. Miałem pecha – przychodziłem do teatru i już grali Fantazego, potem się zestarzałem i nie mogłem zagrać. Dla mnie to taki cudowny tekst, wbrew pozorom lekki, ale lekkością wyjątkowo wyrafinowaną. Kryje w sobie wiele tajemnic. Chciałem się spotkać z tym wysmakowanym dowcipem, romantycznym żartem, a zarazem gorzkim i bolesnym – „duchowi memu dała w pysk – i poszła!”.

Zajmijmy się trochę sprawami prywatnymi. Pana rodzina to klan aktorski, jak to funkcjonuje?

Jerzy Schejbal: Cała nasza rodzina jest artystyczna, wszyscy tam są: i muzycy i plastycy, malarze, architekci, jeden kuzyn w Stanach Zjednoczonych ma zespół jazzowy, kuzynka robiła plakaty teatralne – Danusia Szejbal-Klimowska i jej mąż, wielostronnie utalentowana rodzina. Władek – nasz protoplasta, który wyjechał do Londynu – ja się z nim nigdy nie spotkałem, pisaliśmy do siebie. On był cały czas żywy w moim postrzeganiu teatru, wielu jego kolegów było moimi pedagogami. Wywodząc się z tego pnia, nie wyobrażałem sobie, że mogę robić coś innego, niż być aktorem. Dobrą drogę wybrałem. Żona aktorka, córka też wybrała ten zawód i zobaczymy, czy ta linia się pociągnie dalej. Na razie po kądzieli idzie, nie po mieczu.

„Życie: trzy wersje” – francuskiej autorki i aktorki Yasminy Rezy – to spektakl w pana reżyserii, z pana udziałem, przygotowany na pana urodziny. Dlaczego akurat ten – czy dlatego, że odsłania prawdę o naszym życiu?

Jerzy Schejbal: Wybrałem tę sztukę ze względu na genialną autorkę. Tam jest też bardzo ciekawa rola, którą chciałem zagrać. Potrójny wymiar człowieka w jakimś sensie boleśnie dotkniętego przez nieumiejętność zbudowania dobrej relacji z ludźmi, których w konsekwencji rani. Ale najbardziej rani siebie. To była próba dokonania takiej analizy psychologicznej poprzez bohatera sztuki – kim jesteśmy, co jest ze mnie w tej roli, odkrywanie swoich słabości w tym wszystkim – ale to mówię pani w tajemnicy…

Rozmawiała: Anna Arwaniti

Jerzy Schejbal, Król Lear 2, fot. Marta Ankiersztejn

Spektakl Król Lear 2, fot. Marta Ankiersztejn

 

 

 

Jedna odpowiedź do “Jerzy Schejbal – aktorstwo to zawód, nie jestem celebrytą”

  1. Malwa pisze:

    Znakomity aktor. 100 lat Panie Jerzy. I pozdrowienia dla córki również wspaniałej aktorki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Udostępnij

Wszystkie prawa zastrzeżone | All rights reserved Magazyn VIP 2021